Trzy dni i dwie noce uzbrojeni zamachowcy paraliżowali Bombaj, największe miasto kraju. Komandosi i tysiące policjantów nie radziło sobie z garstką straceńców. Państwo indyjskie popełniło wszystkie możliwe błędy. Zawiodło rozpoznanie oraz służby graniczne, które nie dostrzegły zbliżającego się do miasta kutra z zamachowcami. Skompromitowało się dowództwo kierujące akcją. Zbyt wolno i nieskutecznie odizolowało miejsca, gdzie uderzyli terroryści, od reszty miasta. Mało profesjonalni byli też komandosi. Zaatakowali okupowane przez zamachowców hotele i centrum żydowskie, by ich pozabijać, a nie ratować zakładników. W efekcie od ognia żołnierzy zginęło nawet kilkadziesiąt osób.

Zawiedli politycy. Jedyne usprawiedliwienie, jakie wymyślili to głoszenie na cały świat, że zamachowcy przypłynęli z Pakistanu. Czytaj: Pakistan ponosi winę za masakrę. To zbyt proste wyjaśnienie. Słusznie pakistański minister spraw zagranicznych powiedział, że oba kraje mają tego samego przeciwnika. Raz uderza w Islamabadzie, innym razem w Bombaju. Ten sam przeciwnik zaatakował Nowy Jork i Waszyngton w 2001 roku, Madryt w 2004 i Londyn w 2006. Demokracje zachodnie pokazały, że potrafią stawić mu czoła. Dobrze, by w ich ślad poszła też demokracja indyjska. Jej klęska w Bombaju daje fatalny przykład innym.