Fałszowanie pamięci Europy
Na razie wspólne europejskie podręczniki historii to głównie protokoły rozbieżności - zauważył niedawno w wywiadzie dla DZIENNIKA Paweł Machcewicz. Dla niego to problem, bo historyk Machcewicz ma przygotować na zlecenie obecnego rządu trochę polskie, ale trochę i europejskie muzeum drugiej wojny światowej - pisze komentator DZIENNIKA Piotr Zaremba.
- Moi cholerni przyjaciele
- Demiurg na emeryturze
- Czas zamknąć rachunki krzywd
- Wojna totalna
- Znany historyk: Najgorsi byli jednak Niemcy
- Premierze, nie wierz klakierom
- Pojedynek z kryzysem w tle
- Nie wybijajmy zębów komisjom śledczym
- Poprawią książki do historii. Dzięki Polakom
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -14°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Okazuje się jednak, że jest inna recepta na "wspólną europejską pamięć" niż mozolne negocjowanie rozbieżności. Można po prostu niektóre wątki pominąć. Wykasować,
jakby nigdy ich nie było.
Według takiego dość topornego, przyznajmy, pomysłu ma być konstruowane muzeum wspólnej historii naszego kontynentu pod egidą europejskiego parlamentu. Czy można pokazać dzieje Europy bez
wojen polsko-krzyżackich? To zależy od stopnia szczegółowości tego, co tam będzie przedstawione. W dziejach Europy Środkowo-Wschodniej bitwa pod Grunwaldem była zdarzeniem ważnym. Nic
dziwnego, że komentujący na gorąco poseł lewicy Ryszard Kalisz, którego trudno podejrzewać o skłonności bogoojczyźniane, powiedział: dzieje Europy to nie tylko dzieje Francji i
Niemiec.
Ale idąc dalej, czy można zrozumieć dzieje najnowsze, XX wiek, bez wojny polsko-bolszewickiej 1920 czy bez wpływu "Solidarności" na przełom 1989 roku? Nie można i tu już
stopień szczegółowości nie ma nic do rzeczy. To Polska Piłsudskiego uratowała w 1920 roku Europę przed inwazją Armii Czerwonej, która w razie sukcesu zmieniłaby nas wszystkich w
niewolników ideologii tak trafnie pokazanej w "Roku 1984" Orwella. I to "Solidarność" uruchomiła w latach 80. zmiany, które zakończyły się rozmontowaniem
komunistycznego systemu pośrodku Europy, m.in. rozwaleniem berlińskiego muru.
Zapewne odezwą się u nas głosy przerzucające odpowiedzialność za muzealny niewypał na samych Polaków. Gdybyśmy sami bardziej promowali swoją historię... Gdybyśmy się tak bardzo o ten
dorobek między sobą nie kłócili... Pewnie trzeba się bardziej starać, żeby inni więcej o nas wiedzieli i lepiej nas postrzegali. Ale jeśli Dom Historii Europy przygotowywali historycy, a nie
zwykli ludzie będący więźniami własnej ignorancji, nie ma mowy o komedii omyłek. Widać tu niepokojącą tendencję, której powinniśmy się przeciwstawić. My - reprezentacja polskich partii
w europarlamencie. I my - polski rząd. Skuteczność protestów będzie testem dla realnej równości narodów w europejskiej społeczności. Testem dla europarlamentu z jego niemieckim
przewodniczącym.
Ale to temat do (oby jak największej) kontrowersji nie tylko między narodami. Z tego, co o nim wiemy, muzeum jest szykowane w zgodzie z wrażliwością zachodniej lewicy po części naiwnie, a po
części bagatelizująco odnoszącej się do dziedzictwa chrześcijaństwa, za to nieumiejącej sobie poradzić z dziedzictwem komunizmu. I w tej debacie nie może zabraknąć Polaków. To być może
ostatnia szansa, żeby spisywanie protokołów rozbieżności nie zmieniło się w lekcję amnezji dyktowanej polityczną poprawnością.



































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!