Słowacy na razie świętują. Sto tysięcy osób wzięło wczoraj udział w Bratysławie w uroczystościach zastąpienia korony przez euro. Wyraźnie wzruszony premier Robert Fico, jako jeden z pierwszych, zaraz po północy wyciągnął z bankomatu nominały europejskiej waluty. Słowacy wierzą, że euro uchroni ich kraj przed wstrząsami kryzysu gospodarczego.

To jednak wcale nie jest pewne. Od kiedy latem został ustanowiony sztywny kurs korony do euro, polski złoty stracił prawie 1/4 swojej wartości do wspólnej waluty. To dar niebios dla naszych eksporterów, którym coraz trudniej jest przecież znaleźć za granicą nabywców na swoje towary. Teraz ich oferta będzie tańsza, a więc bardziej atrakcyjna. Słowacy muszą natomiast stawić czoła podwójnemu wyzwaniu: niechęci zagranicznych klientów do kupowania czegokolwiek i wysokim cenom produkcji.

Nigdy w historii tak relatywnie ubogi kraj jak Słowacja nie przystępował do unii walutowej. Czy Europejski Bank Centralny weźmie pod uwagę jego potrzeby, choćby ustanawiając stopy procentowe na takim poziomie, aby zapewnić szybki wzrost gospodarczy? To wątpliwe, bo bankierzy z Frankfurtu, definiując jednolitą politykę monetarną dla całej Unii, muszą przecież w pierwszym rzędzie liczyć się z potrzebami największych gospodarek, jak Niemcy, Francja i Włochy.

Jest też punkt widzenie indywidualnych konsumentów. Dziś w Paryżu za skromny obiad w restauracji zapłacimy równowartość przynajmniej stu złotych, a przejazd metrem na przedmieścia to wydatek rzędu co najmniej 30 złotych. Francuzi z sentymentem myślą o czasach, gdy płacili we frankach, ale jakoś wytrzymują obecne stawki. Czy znacznie ubożsi Słowacy też dadzą sobie radę? Czas świętowania na Słowacji może szybko się skończyć.