Z publikowanego dzisiaj na stronach opinii wywiadu z Jadwigą Staniszkis warto zapamiętać zdanie: "Nowy kryzysowy porządek już się tworzy i ważne jest, żebyśmy znaleźli się po dobrej stronie i zostali objęci jakimiś gwarancjami". To o traktacie lizbońskim, który zdaniem profesor pozwalałby Polsce uczestniczyć w nowym porządku w stopniu o wiele większym, niż gdy będzie on tworzony bez niego, na dziko. Ale jak wiemy z innych wypowiedzi Staniszkis, także wprowadzenie waluty euro byłoby jednym z elementów szukania dobrej strony. No właśnie - byłoby.

Tryb przypuszczający niedokonany wydaje się dla tego opisu coraz bardziej właściwy. Oto dosłownie w tych samych godzinach, kiedy Słowacy zamieniają korony na euro, kiedy Czesi zapowiadają podobny krok, w Polsce dowiadujemy się, że ostatnia furtka umożliwiająca bezpieczne wprowadzenie unijnej waluty w roku 2012 lub w terminie zbliżonym zostaje zamknięta. Najpierw w wywiadzie dla DZIENNIKA Donald Tusk twierdzi, że referendum nie będzie, bo nikt nie potrafi wymyślić pytania. A dzień później Jarosław Kaczyński mówi w Radiu Maryja, że to nadużycie i proponuje konkretne pytanie: "Czy chcesz wprowadzić euro w 2012, czy wtedy kiedy Polska zbliży się poziomem rozwoju do przeciętnej w UE?". Czy ktoś tu kłamie? Odnoszę wrażenie, że wszyscy. Problem nie tkwi w pytaniu, ale w braku szczerości. PiS tak naprawdę nie chce o euro rozmawiać poważnie, a już na pewno nie w perspektywie krótszej niż 10 lat. A Platforma ucieka w rzekome trudności ze sformułowaniem pytania, bo nie wierzy, że PiS uszanuje wynik referendum bez względu na frekwencję - zapewne niższą niż wymagane 50 procent. Na to nakładają się kolejne kłopoty - kryzys finansowy niesie ryzyko, że w czasie okresu próbnego przed wejściem do strefy euro utrzymanie złotego w wyznaczonych widełkach doprowadzi nas do bankructwa. I jeszcze jedno: na siłę nikt nas do euro nigdy nie ciągnął. To elitarny klub i samemu trzeba się starać. A w ciężkich czasach Europejski Bank Centralny będzie raczej kryteria śrubował, niż luzował.

Wniosek jest raczej pesymistyczny: euro na naszych oczach dołącza do katalogu spraw wiecznie wałkowanych i mimo to tkwiących w równie wiecznej zmarzlinie. Bo choć referendum nie gwarantowało sukcesu, było ścieżką trudną i politycznie ryzykowną, to przynajmniej dawało szansę na skuteczność. Rezygnacja z niego oznacza przesunięcie wprowadzenia euro o kilka lat. Jak dobrze pójdzie, to w 2012 tego marszu nie skończymy, ale go dopiero zaczniemy.