Przy okazji kryzysu gazowego na linii Moskwa-Kijów, którego ofiarą padają kolejne europejskie kraje, powraca pytanie: czy Unia Europejska jeszcze istnieje? Poprzednio to samo pytanie pojawiło się w kontekście globalnego kryzysu finansowego, kiedy swoich banków i przedsiębiorstw broniły Niemcy, Anglia, Francja i Benelux, ale na wspólną europejską odpowiedź trzeba było poczekać najdłużej, i okazała się ona stosunkowo najmniej konkretna.

A jest to dla Polski pytanie kluczowe, bo gdyby się okazało, że Unia jest tylko fikcją, to także nasze szanse przetrwania jako suwerennego państwa pomiędzy w pełni zrenacjonalizowanymi Niemcami i w pełni zrenacjonalizowaną Rosją są jeszcze mniejsze niż we wrześniu 1939, gdyż Pałac Prezydencki nie utrzyma się przez trzydzieści dni. Moim zdaniem, nie utrzyma się nawet przez siedem, nie pobije rekordu Westerplatte ani nawet go nie wyrówna.

Kryterium odpowiedzi na pytanie o realność istnienia UE jest bardzo konktetne. Unia w dalszym ciągu istnieje, jeśli Rosja w konsekwencji obecnego gazowego kryzysu nie dostanie Gazociągu Północnego, i to jeszcze sfinansowanego za pieniądze Unii Europejskiej. By Gazprom i jego niemieckich parnterów stać było na Nord Stream samodzielnie, ceny ropy musiały szybować ku 200 dolarom za baryłkę, a ceny gazu w ślad za nimi. Dzisiaj Nord Stream przestaje być opłacalny ekonomicznie, nadal jednak jest dla Rosji opłacalny politycznie. Stąd obecna próba pokazania przez Kreml Europie - nawet jeśli nie tylko Moskwa, ale także Kijów ponosi część odpowiedzialności za obecny kryzys - że bardziej opłacalny od Gazociągu Północnego lądowy tranzyt rosyjskiego gazu przez Ukrainę, Białoruś czy Polskę może się "starej Europie" nagle przestać opłacać, kiedy w "nowej Europie" wybuchnie jakiś konflikt.

Jeśli Bruksela się ugnie i zacznie finansować projekt Gazociągu Północnego, okaże się, że żadnej Unii Europejskiej nie ma. Bo np. terytorium Polski nie jest traktowane jako w pełni przewidywalne, w pełni "gwarantowane" terytorium unijne. Dlaczego akurat tertytorium Polski? Otóż Gazociąg Północny, poza wszystkim innym, ma służyć Gazpromowi - czyli Kremlowi, który tę firmę kontroluje - do ominięcia Polski, co z kluczowego państwa tranzytowego czyniłoby nas państewkiem do zaszantażowania, do wymuszenia dowolnych warunków przyszłych dwustronnych kontraktów biznesowych i nie tylko. Gdyby jednak Unia Europejska istniała i traktowała terytorium Polski jako pełnoprawne terytorium unijne, to inwestowanie w Gazociąg Północny nie ma żadnego sensu, bo druga nitka Gazociągu Jamalskiego, Gazociąg Amber, praktycznie każda nowa lądowa droga przesyłowa idąca przez Polskę jest dla Rosji i Niemiec, dla Gazpromu i państw czy firm europejskich, nieporównanie tańsza i bardziej racjonalna ekonomicznie. A Polska nie dała żadnego powodu, aby domniemywać, iż będzie kiedyś chciała kurki Jamału na złość Rosji zakręcić. Na gazowych skrytożerców nie wyglądają ani Tusk, ani Sikorski, a myślę, że przed podjęciem podobnej decyzji zawahaliby się nawet bracia Kaczyńscy.

I właśnie dlatego wiedza o tym, czy po zakończeniu obecnego kryzysu Rosja wymusi na kolejnych państwach UE współfinansowanie projektu Nord Stream, pozwoli odpowiedzieć na pytanie, czy Unia Europejska w ogóle istnieje, a zatem czy suwerenna Polska ma szanse przetrwać kolejne dwudziestolecie.