Z perspektywy środkowoeuropejskiej można było oczekiwać, że Topolanek, korzystając z nieobecności w Europie zawsze nadaktywnego Sarkozy’ego, zechce wciągnąć Brukselę, a przede wszystkim milczące dotąd Niemcy w bardziej stanowcze żądanie od Moskwy wznowienia dostaw na Zachód. Przypuszczałem, że korzystając z porannego apelu prezydenta Juszczenki o doprowadzenie do wznowienia dostaw, skierowanego jednocześnie do Unii i Rosji, przygotowuje być może ryzykowną, ale odważną europejską misję do Moskwy pod swoim kierownictwem.

Niezależnie od rezultatów pozwoliłoby to Czechom realnie objąć unijne przewodnictwo i doprowadzić do precedensowych negocjacji Moskwy z niedawną kolonią występującą w roli istotnego globalnego gracza. Błogosławieni, którzy nie oczekują niczego, albowiem tylko oni nie będą rozczarowani. Zwłaszcza gdy oczekiwania dotyczyć by miały Unii Europejskiej.

Kompletna bezradność znamionowała bowiem pierwszy wspólny występ Mirka Topolanka i Jose Manuela Barroso. Było to tak łatwo wyczuwalne, że oba polskie kanały informacyjne TV przerwały po krótkim czasie sensacyjnie wcześniej zapowiadaną transmisję z Pragi. Przywódcy Europy relacjonowali nam - jej obywatelom zagrożonym brakiem gazu - świetnie znaną wymianę oskarżeń pomiędzy Rosją i Ukrainą, nie próbując nawet zarysować stanowiska Unii.

Opowiadali przy tym o swoich telefonicznych konwersacjach z Putinem (co charakterystyczne - Barroso mówił "rozmawiałem", a Topolanek "rozmawialiśmy"), snując przy tym jakieś kompletnie niezrozumiałe przewidywania o możliwości zakończenia całego konfliktu "jutro", czyli w czwartek. Obaj zgodnie udawali, że nie wiedzą, kto zakręcił kurek z gazem do prawie połowy krajów Unii. Obaj, nie sformułowali żadnego oczekiwania jasno skierowanego w stronę Kremla. I obaj wpadali w nerwowość, gdy zdroworozsądkowi dziennikarze pytali ich o środki nacisku, jakie Unia może uruchomić w celu skłonienia Rosjan do odkręcenia kurka. Zabrzmi to jak szyderstwo. Gdyby to jednak przywódca Rosji miał w środę zaaranżować występ unijnego szefostwa, nie odbiegałoby ono od praskich realiów.

Tymczasem eskalowanie konfliktu przez Kreml z coraz większym niepokojem każe myśleć o nowym paradygmacie rosyjskiej polityki w Europie. Od sierpnia ubiegłego roku wiadomo, że zakłada on militarne akcje w celu rozszerzenia rosyjskiego terytorium. Minister Ławrow mówił otwarcie po wojnie kaukaskiej, że świat będzie się musiał do tego przyzwyczaić. Wygląda na to, że dopuszcza on także postawienie w stan energetycznego zagrożenia połowy Europy, po to by wymusić uległość finansową na jednym z sąsiadów. Celem Rosji jest dziś wystraszenie podzielonej wewnętrznie Ukrainy tak dalece, aby przyjęła ona upokarzające dla niej warunki finansowe. Najlepiej, aby po powrocie z Bliskiego Wschodu na Kremlu pojawił się znów prezydent Sarkozy, z ojcowską troską wraz ze swym przyjacielem Putinem zganił niepoprawną Ukrainę i kazał jej odtąd płacić w akcie wspólnej z Putinem litości - powiedzmy 280 dolarów za rosyjski gaz. Europa świętowałaby kolejny sukces, kurki zostałyby otwarte. A świat dowiedziałby się nie tylko, jak rozumieć należy suwerenność państwa ukraińskiego, ale też przy okazji, że takich cennych zabawek jak przewodnictwo Unii nie należy oddawać na przyszłość w niezdarne rączęta niedawnych sowieckich kolonii.

Czy tak się stanie? Po tym jak bezradność okazali Czesi razem z Brukselą, boję się, że Ukraina może kapitulować nawet bez ojcowskiej pomocy Sarkozy’ego. W tej rozgrywce Rosji z resztą świata owa reszta świata ma dziś tylko dwa nie najmocniejsze atuty. Pierwszym są Czesi w roli szefa Unii. Na razie pożytku z tego nie ma. Drugim - twardość dobrze zaopatrzonej w gaz i ciągle jeszcze, Bogu dzięki, rządzonej przez Juszczenkę Ukrainy. Czy Kijowowi starczy sił?