Donald Tusk korzysta z urlopu najczęściej ze wszystkich znanych mi polskich premierów. Kiedy Europa pogrąża się w kryzysie gazowym, premier jeździ na nartach w Dolomitach. Niespełna rok temu szusował już w Alpach, później odbył podróż życia do Ameryki Południowej i nie odmówił sobie wolnego latem. Żaden inny premier na tyle wakacji sobie nie pozwalał, a już na pewno nie mógł sobie na nie pozwolić Jarosław Kaczyński. I wypada się zgodzić z pojawiającymi się komentarzami, że gdyby tak długo wypoczywał szef rządu PiS, to media nie zostawiłyby na nim suchej nitki. Donaldowi Tuskowi na razie uchodzi to na sucho.

Na urlopie szefa rządu najbardziej korzysta wicepremier Waldemar Pawlak. Wykorzystuje maksymalnie sytuację i pojawia się we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych, a nawet w Pałacu Prezydenckim. Pokazuje w ten sposób społeczeństwu, że kiedy „nieodpowiedzialny i leniwy” premier spędza czas na nic nierobieniu, on czuwa nad najważniejszymi problemami państwa z bezpieczeństwem energetycznym na czele.

Pozostaje pytanie, dlaczego Donald Tusk pozwala sobie na taką niefrasobliwość. Pierwszą odpowiedzią jest chyba zwykła głupota, na której wcześniej pośliznęli się choćby Władimir Putin odpoczywający w Soczi, gdy tonął Kursk, czy George Bush, który zlekceważył huragan Katrina. Nie uznali w porę tych wydarzeń za wystarczająco istotne, by pojawić się na miejscu. Podobnie Donald Tusk najwyraźniej nie spodziewał się, że tym razem kryzys gazowy na Wschodzie może zatoczyć tak szerokie kręgi.

Po drugie, na naszych oczach potwierdza się teza, że przyczyną możliwej klęski ekipy PO może się okazać to, co w pierwszych miesiącach wydawało się jej największym sukcesem: przychylność większości mediów. Platforma najwyraźniej uznała, że wszystko jej wolno. Im szybciej uświadomi sobie, że dziennikarze muszą w końcu zadać niewygodne pytania, tym lepiej dla niej.