W czwartek rano pancerne zagony wojsk żydowskich wjechały do Strefy Gazy, kierując się w stronę Rafah - rodzinnego miasta słynnego tamtejszego terrorysty Abu Marzuka, z wyraźnym zamiarem zniszczenia tajnych dróg zaopatrzenia Hamasu z Egiptu. Rozejm, którego świat żąda od Izraela, nie miałby przecież dzisiaj żadnego sensu. To dlatego minister obrony Ehud Barak sprowadza to żądanie ad absurdum, przyrównując do wzywania Ameryki do rozejmu z Al-Kaidą. Owszem, zawieszenie broni nastąpi zapewne wtedy, gdy rząd w Jerozolimie uzna, że Hamas jest pokonany, a korsarskie państewko w Gazie niegroźne dla Izraela i dla świata. Chyba że, tak jak dwa lata temu w Libanie, Izrael nie poradzi sobie w tej wojnie.

Nim wygłosimy kolejny apel o pokój, nim znowu poczujemy się wstrząśnięci telewizyjnymi obrazami straszliwego ludzkiego nieszczęścia, nim do przyjaciół powiemy: „Popatrz, co znowu wyrabiają ci Żydzi!” ,winniśmy podjąć wysiłek zrozumienia zdarzeń w Strefie Gazy. Założony w czasie intifady 1987 roku Hamas jest tworem niezwyczajnym, nawet jak na siatkę terrorystyczną. Zabity przez Izrael szejk Ahmad Jasin oparł bowiem niegdyś jego konstrukcję o tzw. system „dawa”. System, w którym komórki terrorystyczne działają wewnątrz instytucji religijnych, kulturalnych, a przede wszystkim charytatywnych. Jak wykazał w świetnej książce Matthew Levitt - Uniwersytet w Gazie, Centrum Islamskie, Towarzystwo Hojności, kluby sportowe, a nawet biblioteki i ochronki są ogniwami sieci terrorystycznej. Chyba nigdy wcześniej cynizm technologii terroryzmu nie posunął się tak daleko. Ale to trzeba wiedzieć, jeśli chce się uczciwie oceniać brutalne ataki wojsk żydowskich na obiekty socjalne w Gazie. Bez tej wiedzy nasze głębokie oburzenie okrucieństwem Żydów jest niczym więcej, jak moralnym pięknoduchostwem.

Ale rozumieć trzeba coś jeszcze. Że zatrzymanie przez światową dyplomację izraelskiej inwazji na Gazę oznaczałoby w dzisiejszych warunkach dyplomatyczne uznanie państewka Hamasu. I roztoczenie w ten sposób parasola wspólnoty międzynarodowej nad tą terrorystyczną enklawą. „Możecie to potem nazywać, jak chcecie! Ale Hamas będzie już miał legitymizację” - pisał niedawno w gazecie „Haaretz” publicysta Aluf Benn. To dlatego Amerykanie roztropnie wetowali projekty rezolucji ONZ wzywające do pokoju. Co najmniej od czasów stalinowskiego gołąbka pokoju dobrze wiadomo, jak łatwo idea pokoju poddaje się instrumentalizacji i oszustwu. Mówiąc wprost: jeśli cywilizowany świat chce mieć na stałe u wybrzeży Morza Śródziemnego terrorystyczne państewko, które niegdyś obronił przed okrutnymi Żydami - to dyplomacje francuska, rosyjska i niestety polska mają dzisiaj rację. Lecz jeśli świat chce takie państewko zlikwidować - to poza Izraelem, nikt jakiegokolwiek pomysłu na to nie przedstawił. A to znaczy, że mądrzejsi od Europy są milczący dzisiaj król Arabii Saudyjskiej, prezydent Egiptu, a nawet - postawiony w rozpaczliwej sytuacji - Abu Abbas, przywódca Autonomii Palestyńskiej.

Bo w istocie z naszej perspektywy, odległej przecież od bliskowschodnich emocji, chodzi o coś znacznie więcej niż o kolejną odsłonę izraelsko-arabskiego konfliktu. Chodzi o jedną z podstawowych kwestii definiujących istotę cywilizacji. Czy godzimy się na to, aby w centrum świata XXI wieku sprawna i bezwzględna siatka terrorystyczna mogła powołać swoje państewko? I czy takiemu potworkowi nadamy międzynarodową ochronę? Owszem, historia zna takie zdarzenia z odległych wieków. Niegdyś cesarz Karol V wyprawiał się przeciwko piratowi Barbarossie, który założył korsarskie państwo w Algierze. Chciałoby się zapytać: gdzie jest dzisiaj miejsce Europejczyków? Czy po stronie wojsk Karola idących pod Tunis? Czy po stronie demonstrantów i dyplomatów, którzy żądają, aby w spokoju zostawić pirata Barbarossę?