To była ważna chwila dla Mariusza Kamińskiego i CBA. Symbol IV RP został obroniony przez - coś, co niektórzy nazwą ze zgrozą - koalicję PO-PiS.

Na pierwszy rzut oka może zdawać się dziwnym fakt obrony przez PO instytucji, której szef o mało co nie zmienił wyniku wyborczego w 2007 roku. Na niekorzyść Platformy, bo mogło się zdarzyć, że sprawa ex-posłanki PO Beaty Sawickiej pogrążyłaby całą partię Tuska i Schetyny. Stało się wprawdzie inaczej, ale raczej nie taka była intencja Mariusza Kamińskiego.

Dziś Platforma go obroniła. Mogła przyjąć projekt autorstwa lewicy. Wtedy znanym starym sposobem odwołano by Kamińskiego przed końcem kadencji. Nowy szef - według tego samego projektu - podlegałby już nie premierowi, a tylko szefowi MSWiA (Grzegorz Schetyna przecież nie obraziłby się na taki prezent). CBA straciłoby swą wyjątkową, na tle innych służb, niezależność.

Rzecz w tym, że ta niezależność, kadencyjność szefostwa, podległość premierowi, a nie jednemu z ministrów stanowi o sile i sprawności CBA. Sejm zeszłej kadencji uznał, że Biuro musi działać w takim niezwyczajnym kształcie, by osiągnąć jakieś wymierne rezultaty. Czyli przesunąć Polskę w międzynarodowym rankingu korupcji z miejsca zajmowanego wcześniej, gdzieś obok Ugandy i Turkmenistanu, na pozycje porównywalną z innymi krajami europejskimi. To zresztą w dużej mierze się udało. Potwierdzają to raporty takich instytucji międzynarodowych jak Bank Światowy.

Platforma, wówczas jako opozycja, głosowała za takim modelem CBA. Zrobiła to w pełni świadomie, bo do wyborów w 2005 roku szła pod bardzo podobnymi hasłami co PiS - walki z łapownictwem, zorganizowaną przestępczością, postkomunistycznym układem. Tak, tak - nie tylko PiS to głosiło. Taka była po rządach SLD atmosfera społeczna. Wprawdzie później obie partie zróżnicowały swoją retorykę, na dodatek PO i CBA zaczęły mieć wzajemne porachunki, ale nie wszystko wyparowało. Gdy lewica zaproponowała wyrwanie CBA zębów, to Platformie przypomniały się słowa wiersza, że "są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca ręka ich też nie przekreśli". Obca w tym sensie, że SLD konsekwentnie krytykował CBA i do tej pory wypomina politykom Platformy przyłożenie ręki do powołania tej instytucji.

W sumie dobrze się stało także dlatego, że politycy dwóch największych partii mogli przez moment pomyśleć o sobie nawzajem z odrobiną życzliwości. Zazwyczaj patrzą na siebie jak Hutu na Tutsi, lub odwrotnie. A tu nagle taka niespodzianka - ci oni są całkiem do nas podobni. Może da się jeszcze coś wspólnie zrobić? Nie, to chyba naiwność tak sądzić.