Czy zauważyliście Państwo, że politycy PiS stosunkowo wstrzemięźliwie reagują na sprawę ostatnich wybryków Janusza Palikota? Wstrzemięźliwie w tym sensie, że kolejni posłowie nie urządzają dziesiątków konferencji prasowych, gdzie mogliby prześcigać się w wyrażaniu oburzenia i odpowiadać Platformie równie wymyślnymi epitetami. Przeciwnie, tylko prezes partii i kilku jej bardziej prominentnych polityków powiedziało, co myśli na ten temat. I zdaje się, że do momentu pisania tych słów ani jedna reakcja PiS-u na ostatnie słowa Palikota nie przekroczyła granic kultury i rozsądku.

Otóż nie jest to przypadek. Gdy wybuchła afera Palikota, wszyscy posłowie PiS dostali sygnał (jak zwykle SMS-em), by wstrzymać się od komentowania sprawy. Ma tym się zająć - i to też ze wstrzemięźliwością - kilku medialnych wyjadaczy. Powód tej powściągliwości jest prosty: kierownictwo partii boi się, że jakiś nadgorliwy, przy tym niezbyt rozgarnięty poseł z przedostatniego rzędu chlapnie coś jeszcze głupszego i bardziej oburzającego niż Palikot. A wtedy cały efekt zostanie zepsuty. Postępek Janusza Palikota to prezent przyniesiony PiS-owi na srebrnej tacy. Tym cenniejszy, że krytyka spada na Platformę ze strony mediów - batożenie jej własnymi partyjnymi rękami byłoby dużo mniej skuteczne.

Na dodatek stosunek do Palikota zagroził spójności Platformy. Przynajmniej kilkunastu jej posłów - nawet nie Jarosław Gowin, lecz platformerskie posłanki - poczuło się, delikatnie ujmując, dotkniętymi. Iwona Śledzińska-Katarasińska, do tej pory wojująca z Gowinem, a sympatyzująca z Palikotem, określa słowa swojego własnego sojusznika jako "spod budki z piwem". To pokazuje, że tym razem Palikot wyzwolił negatywne emocje nie tylko w tzw. konserwatywnym skrzydle PO. Kierownictwo partii musi znaleźć rozwiązanie, które zostanie przez większość posłów uznane za sprawiedliwe. To nie będzie łatwe, bo słychać głosy, że raczej zwycięży jakiś doraźny pozorancki ruch.

Tu przypomina się niedawne wydarzenie w PiS, kiedy z partii wyleciał Ludwik Dorn. Poszło niby o alimenty, których wysokość kwestionował. Cała historia - gdy okazało się, że podobny problem ma Przemysław Gosiewski, a włos mu z głowy nie leci - spowodowała, że wielu szeregowych członków PiS straciło wiarę w Jarosława Kaczyńskiego jako władcę surowego, ale sprawiedliwego. Dziś w podobnej sytuacji jest Donald Tusk, też według platformerskich dołów władca surowy, ale sprawiedliwy. Czy uda mu się uchować tę wiarę?

W każdym razie PiS czeka i patrzy. Platforma gotuje się na wolnym ogniu. Oczywiście przeżyje ten kryzys, może nawet nie straci zbytnio w sondażach. Ale blizny zostaną.