Zwierzchnik Kościoła prawosławnego w Polsce okazał się wieloletnim agentem SB, jak ujawniła "Rzeczpospolita". Nie jest to wielce zaskakujące. Prawosławie, w tym polskie, miało i ma poważny problem z nadmierną lojalnością wobec władzy. Po zmasakrowaniu go przez bolszewików w latach 20. toczy je wręcz syndrom sztokholmski, czyli niezdrowe umiłowanie oprawcy.

Z akt metropolity Sawy (TW Jurek) wynika, że nie tylko donosił na braci w wierze, w tym biskupów, ale jeszcze czynił to z ochotą. Załatwiając przy okazji własne porachunki personalne. Obraz to ponury. Podobnie zresztą, jak w wypadku zmarłego patriarchy Wszechrusi Aleksego II, który - jak wiele wskazuje - był wręcz etatowym pracownikiem KGB.

Jan Paweł II zwykł nazywać Cerkiew kościołem siostrzanym. Siostra to trudna, o nie najlepszym prowadzeniu się, paradująca w podejrzanym towarzystwie. Ale jednak siostra. Dlatego warto w jej ocenie unikać łatwych wyroków.

Zacznijmy od prawosławia rosyjskiego. Wybrało ono daleko idącą kolaborację z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze doświadczyło ciężkich prześladowań w początkach komunizmu. Mówiąc wprost - bolszewicy chcieli je po prostu zlikwidować. Dopiero Stalin po dojściu Niemców do Moskwy wyciągnął Cerkiew z niebytu i na powrót uczynił Kościołem państwowym, tym razem pod kuratelą nie cara, ale NKWD a potem KGB.

Powód drugi to hierarchia wartości w Cerkwi. Upraszczając, w katolicyzmie zasadnicze znaczenie ma dogmatyka, potem jednak niezależność i sprawność struktury kościelnej. O nią Kościół rzymski stoczył większość swoich bojów z możnymi tego świata. W dalszej kolejności jest liturgia, zmieniano ją chętnie dostosowując do współczesności.

W prawosławiu numer jeden to także dogmatyka, ale numer dwa - liturgia, a nie swobody Kościoła. Liturgia odziedziczona po Bizancjum jest tam integralnym, o ile nie fundamentalnym, elementem wiary i nie podlega zmianom. Większość swoich wojen prawosławie stoczyło właśnie o czystość dogmatów i liturgii, a nie o niezależność struktury. W takim ujęciu, skoro władza gwarantuje zachowanie owej czystości ale za cenę uzależnienia struktury, prawosławie jest gotowe na takie poświęcenie. Katolicyzm - nie.

A teraz prawosławie w Polsce. To Kościół autokefaliczny, zatem niezależny od patriarchatu moskiewskiego, a co za tym idzie także od rosyjskiego, potem sowieckiego, a obecnie znowu rosyjskiego, państwa. W czasach zaborów i w Dwudziestoleciu było jednak uważane za relikt obcych rządów i nie cieszyło się przychylnością większości polskiego społeczeństwa, a potem władz Rzeczpospolitej.

Pozostał po tym lęk prawosławnych przed stłamszeniem przez katolików. Stąd tak chętnie współpracowali podczas wojny z Sowietami, po wojnie z PPR i UB, a w wolnej Polsce masowo głosowali na SLD. Stąd w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" metropolita Sawa tłumaczy, iż współpracował z SB i poparł stan wojenny, ponieważ chciał chronić prawosławie. Nie jest to pokrętna logika donosiciela, ale prawdopodobnie autentyczny wybór mniejszego zła.

Prawosławie nie jest jednak tożsame ze swoimi hierarchami. Zbyt wielu jego wyznawców poniosło męczeńską śmierć, także w czasach późnego komunizmu, zbyt wspaniałą antyczną liturgię zachowało, obroniło i przeniosło w nasze czasy, by czyny Sawy czy świętej pamięci Aleksego mogły mieć wpływ na jego wartość. Ta gałąź chrześcijaństwa nigdy nie żyła postawą swoich hierarchów, ale pobożnością mnichów i natchnieniem teologów. A z tym wciąż jest jak najlepiej.