Najwyraźniej zrozumieli swój błąd i podobnie jak Gazprom postanowili iść na całość, nie oglądając się na polityczne koszty.

Przekazy z gazowego frontu przyprawiają o zawrót głowy. Ukraina twierdzi, że Rosja powinna jej zapewnić tzw. gaz techniczny potrzebny do zachowania przepustowości rurociągów, z kolei Kreml oświadczył, iż to zadanie Kijowa. Na tym nie koniec. Ukrainie nie podoba się, że Rosja zaczęła pompować gaz tylko do jednego rurociągu, a nie do czterech. Kontestuje też kierunek przepływu w stronę Bałkanów. Obie strony zasypują się argumentami technicznymi. A gazu jak nie było, tak nie ma.

Spór ten dawno przestał być sprawą handlową. To gra polityczna. Ukraina mogła trzymać Kreml w szachu groźbą podkradania gazu z puli przeznaczonej dla Unii. Kiedy po udanej mediacji premiera Czech Topolanka zgodziła się na tranzyt, próbowała przemycić pod porozumieniem dodatkową deklarację stanowiącą, iż to nie ona jest winna sporu i nie podbierała surowca. Nie udało się. Teraz więc stosuje wybiegi techniczne. Przepływ gazu przez jej terytorium pod kontrolą unijnych inspektorów byłby bowiem wyzbyciem się bata na Rosję bez żadnych gwarancji w zamian. Dlatego Kijów nie może dopuścić do wznowienia pełnych dostaw bez podpisania z Rosją nowej umowy o cenie gazu. Ale nie może też wprost odmówić Unii zgody na tranzyt. Będzie zatem kluczył, wynajdował wszelkie możliwe przeszkody, by pokazać, że ciągle ma w ręku silne argumenty. Ta wojna podjazdowa szybko się - niestety - nie skończy.