I to w dodatku nie za przekręty finansowe, tylko za pospolite bandyckie wyczyny - haracz i pomoc w porwaniu dziecka. "No teraz to sobie wreszcie posiedzi" - mówi jakiś ważny gość z Komendy Głównej Policji. Owszem, może trochę posiedzi. Tylko nie za prawdziwe "zasługi", a jedynie za gangsterskie wyczyny. Pochwałę pod adresem policji można co najwyżej skwitować powiedzeniem "lepiej późno niż wcale".

Niewiele dłużej jak pięć lat temu wspólnie ze swoim kolegą Wojciechem Cieślą (wtedy w "Gazecie Wyborczej", a dziś druhem z "Dziennika") złożyliśmy wizytę Robertowi P. w siedzibie jego firmy na warszawskiej Pradze. Pomijam, że rytuał zwodzenia nas w sprawie rzekomej nieobecności szefa był wierną kopią postępowania bossów gangsterskich.

Po kilku godzinach, kiedy się już rozprężył, wyznał szczerze, że na organizowanych przez niego przyjęciach razem bawili się biznesmeni, politycy, prostytutki, bandyci i dziennikarze. "Tak to działa" - skwitował. I dodał, że nic na to nie może poradzić.

Jego specjalnością były "znajomości". Znał wszystkich - od ministrów po złodziei hotelowych i gangsterów. Oczywiście, to nie może być podstawą, żeby kogoś pakować do więzienia. To ledwie punkt wyjścia godny bliższego zbadania. Ale nawet na słaby węch dziennikarski, byliśmy niemal pewni, że Robert P. prowadzi bardzo, ale to bardzo ciemne interesy.

Rzecz w tym, że lata młodej polskiej demokracji przemijają błyskawicznie, zaraz stuknie 20-tka, natomiast policja jest w tym samym miejscu, co u progu lat 90. Nie ma specjalistów do badania przekrętów gospodarczych.