Ameryka Busha nie miała dość sił, by wcielić swoje projekty w życie. Teraz czas na jej pokutę i... skuteczność w rządzeniu światem.

Bush mógłby być jednym z wielu nijakich prezydentów, kontynuować spokojnie dzieło swojego ojca przerwane rządami demokraty. Prowadzić rozsądną, ale i opartą na sile politykę zagraniczną ery Clintona. Stało się jednak inaczej. Zdecydował przypadek. 11 września 2001 roku Al-Kaida zaatakowała Stany Zjednoczone przy użyciu samolotów pasażerskich. Nie wybory w roku 2000 roku, ale właśnie ten dzień był narodzinami prezydentury Busha. Taka agresja mogła oznaczać tylko jedno - wojnę. Bush zachował się jak rasowy przywódca. Stanął na czele armii.

Miał przed sobą trudne zadanie. Walczył z cieniem. Terroryści nie reprezentowali żadnego państwa, nie mieli armii, terytorium. Nikt wcześniej nie toczył takiej wojny. W porównaniu z nią zmagania Izraela czy państw europejskich z terrorem były igraszkami. Gdyby miał instynkt, wyczucie i więcej szczęścia, mógłby stać się prekursorem nowej strategii, wielkim wodzem zwycięskiej batalii. Nie stał się.

Stany Zjednoczone wytropiły wroga i przedłożyły ultimatum tym, którzy go chronili, czyli afgańskim talibom. Potem Ameryka dała pokaz tego, co czeka kogokolwiek, kto podniesie na nią rękę. Przeciwnik został rozgromiony. W wojnie tej Bush miał społeczność międzynarodową po swojej stronie. Ale już wtedy jego administrację zaczął toczyć rak. Amerykanie dopuścili do mordowania talibskich jeńców wojennych przez bojowników Sojuszu Północnego. Sami nie uznali ich uprawnień kombatanckich, osadzali tak członków Al-Kaidy i cudzoziemskich ochotników, jak i Afgańczyków walczących po stronie talibów w obozach, gdzie byli torturowani. Najsłynniejsze to Guantanamo i Bagram. Mało tego, wysyłali podejrzanych do krajów stosujących najokrutniejsze metody śledcze.

Skoro obalenie talibów poszło tak łatwo, w ekipie Busha narodził się pomysł, by zmienić nie tylko Afganistan, ale i Bliski Wschód. Ponieść kaganek demokracji i liberalizmu do krain tkwiących wciąż w okowach dyktatur. Francis Fukuyama twierdził, że historia skończyła się, ponieważ upadł komunizm. Bush zauważył, iż potrzeba jest jeszcze mała dogrywka - usunięcie lokalnych tyranów. Na początek w państwach roponośnych. Wiedziony swoją wizją lepszego świata najechał Irak. Akcja demokratyzowania Bliskiego Wschodu była już nie pomyłką czy nadużyciem jak w przypadku torturowania jeńców, ale początkiem katastrofy. W Iraku ginie wprawdzie coraz mniej ludzi, ale względna stabilizacja została osiągnięta bynajmniej nie dzięki postępom w budowie demokratycznego państwa, lecz wytworzeniu równowagi sił między zwalczającymi się grupami religijnymi. Zwycięstwo w Afganistanie zmieniło sie w uciążliwą wojnę partyzancką, która kosztuje Amerykę coraz więcej ofiar. Żaden inny kraj nie zechciał iść ścieżką demokratyzacji. Nie udało się pojednać Żydów i Palestyńczyków. Bush wzbudził za to w krajach muzułmańskich taką falę nienawiści do Ameryki, jakiej nie znały od dziesięcioleci. Poczucie misji zaprowadziło go donikąd. Cóż z tego, że pod koniec drugiej kadencji zaczął od niego odchodzić, przekonywał się coraz bardziej do realizmu w polityce zagranicznej. Było już za późno. Prezydent zepsuł obraz Ameryki - wyzwolicielki świata z tyranii. Sam zaczął być, choć niesłusznie, utożsamiany z tyranią.