W coraz bardziej szaleńczych, coraz bardziej utrudniających podjęcie merytorycznej polemiki szarżach próbuje podważyć wiarygodność naszej gazety i wiarygodność naszych dziennikarzy. Używa przy tej okazji określeń i sformułowań brutalnych, obraźliwych, wulgarnych i ad personam. Jakby rzeczywiście zależało mu na staniu się Palikotem środowiska dziennikarskiego.

A wszystko dlatego, że postawiliśmy w DZIENNIKU pytanie o wiarygodność Tomasza Lisa jako sumienia polskiego dziennikarstwa. Jako pierwsi, choć już dzisiaj niejedyni, bo podobne wątpliwości wyrażają dziennikarze z wielu innych mediów. A w najnowszym numerze miesięcznika "Press" te wątpliwości wobec Lisa nawet zebrano. Informując jednocześnie, że Tomasz Lis odmówił ustosunkowania się do nich. Rzucając esemesem charakterystyczne, całkowicie przecież nieprawdziwe zdanie, że brzydzi się środowiskowymi rozliczeniami.

Pomijając, że to zdanie nieprawdziwe, bo ostatnio wręcz na "środowiskowych rozliczeniach" się skupia, szkoda, że nie odpowiedział na te wątpliwości. Tym bardziej że nie są to pytania o czysto warsztatową wiarygodność Tomasza Lisa, bo zawsze uważaliśmy, że jest on dziennikarzem profesjonalnym i niepozbawionym talentu. To raczej pytania o wiarygodność Lisa w jego roli dodatkowej, wyjątkowej, którą sam sobie wyznaczył: jednoosobowego dziennikarskiego sumienia, samozwańczego lidera środowiskowego, twórcy i strażnika norm, który innych dziennikarzy recenzuje i brutalnie rozlicza. Po czym sam wyznaczonych przez siebie norm nie przestrzega i sam, w nieporównanie większym wymiarze i formach o wiele bardziej drastycznych, czyni dokładnie to, za co krytykował innych.

Przypomnijmy: Tomasz Lis stał się jednym z najostrzejszych krytyków PiS-owskiej władzy, formułując w swojej publicystyce prasowej, a także w swoim programie w telewizji Polsat, zarzuty pod adresem braci Kaczyńskich często trafne, często mające uzasadnienie, choć naszym zdaniem formułowane w sposób przesadny, na granicy histerii. W jego wypowiedziach władza Kaczyńskich jawiła się nie tylko jako władza popełniająca fatalne błędy, nierealizująca złożonych przez siebie obietnic - z czym byśmy się zgodzili - ale jako bezprecedensowe zagrożenie dla polskiej demokracji. Z tej właśnie moralnej emfazy narodziła się wówczas u Tomasza Lisa potrzeba brutalnego, często obraźliwego rozliczania innych dziennikarzy, za to, że się nie oburzają tak, jak on się oburza, za to, że pracują w mediach publicznych, nad którymi polityczną kontrolę przejęli wówczas bracia Kaczyńscy.

Jego zdaniem ostateczną kompromitacją dla innych dziennikarzy - np. dla Joanny Lichockiej czy Krzysztofa Gottesmana, których wówczas krytykował - były nie jakieś ich konkretne wypowiedzi, teksty czy antenowe zachowania, ale już sam fakt pracy przez nich w mediach publicznych politycznie kontrolowanych przez braci Kaczyńskich. Zarządzanych przez politycznych nominatów ówczesnej większości rządowej: PiS, LPR i Samoobrony. Tamte krytyki Lisa pod adresem innych kolegów, dziennikarzy były nieraz tak brutalne, że już wówczas powodowało to dziennikarskie protesty w obronie atakowanych. Nawet nie z powodu merytorycznej treści zarzutów Lisa, ale z uwagi na ich formę: wyższościową, obraźliwą, ad personam.

Jednak jednocześnie samo przeciwstawianie się Tomasza Lisa ówczesnej władzy politycznej, źle trawiącej wszelką medialną i dziennikarską krytykę, budowało też jego autorytet w środowisku, zaskarbiało mu naszą sympatię. W tamtym okresie zapraszaliśmy go także na łamy DZIENNIKA, a on przyjmował nasze zaproszenie, wypowiadając się swobodnie i - z naszego punktu widzenia - ciekawie.

Kiedy Tomasz Lis przestał pracować w telewizji Polsat, w sytuacji prawdopodobnie związanej z politycznymi naciskami ze strony braci Kaczyńskich, otrzymał tytuł Dziennikarza Roku - w dużej mierze za swój "bojkot" i krytykę mediów publicznych pod rządami PiS, LPR i Samoobrony. Właśnie dlatego szokiem dla całego środowiska dziennikarskiego było podjęcie przez niego pracy dla telewizji Andrzeja Urbańskiego, którego wcześniej tak ostro krytykował, słusznie wskazując na problem, jakim było upolitycznienie telewizji publicznej, mianowanie jej prezesem człowieka, który jeszcze parę miesięcy wcześniej był ministrem w kancelarii prezydenckiej, a w dodatku mianowanie go jawnie po to, aby zapewnił pełną polityczną dyspozycyjność telewizji, która nawet za prezesury Bronisława Wildsteina wydawała się Kaczyńskim zbyt wobec nich niezależna. Problem był poważny i jasny na tyle, że jeden z nas zrezygnował z niemal wchodzącego na antenę programu publicystycznego planowanego w najlepszym czasie antenowym - właśnie dlatego, że nie chciał pracować w telewizji rządzonej przez polityków.

Ale właśnie wtedy, po całych miesiącach formułowania radykalnej i konsekwentnej krytyki sytuacji w mediach publicznych, Tomasz Lis propozycję Andrzeja Urbańskiego przyjął. Zdecydował się na podjęcie kroku, za który jeszcze dosłownie parę tygodni wcześniej tak brutalnie i wyższościowo krytykował swoich kolegów dziennikarzy. Rozstrzygające były tu zupełnie wyjątkowe warunki finansowe zaproponowane Lisowi przez Urbańskiego, który płacił nie tylko za profesjonalizm Lisa, ale za jego nazwisko i twarz jako listek figowy dla telewizji wciąż zarządzanej przez PiS, LPR i Samoobronę. Ów listek figowy stał się nagle władzom telewizji publicznej tak bardzo potrzebny, bo ugrupowania, które ich na Woronicza wysłały, przegrały właśnie wybory i straciły władzę. Nowa partia rządząca, PO, pracowała nad ustawą medialną, która miała ludzi PiS, LPR i Samoobrony z Woronicza usunąć.

Lis o tym wszystkim doskonale wiedział. Wiedział, że Urbański płaci mu wygórowaną cenę za to, że jako Dziennikarz Roku - który swoją nagrodę otrzymał za krytykę przejętych przez PiS mediów publicznych - teraz będzie je uwiarygadniał. I tę ofertę bycia listkiem figowym Urbańskiego przyjął. Ale teraz stało się coś jeszcze bardziej zaskakującego. Lis podjął się także uwiarygadniania nowej telewizji Farfała, bycia listkiem figowym człowieka, który był nacjonalistycznym ekstremistą, działaczem Młodzieży Wszechpolskiej publikującym w pismach jawnie wzywających do narodowościowej przemocy. A do telewizji publicznej dostał się tylko dlatego, że PiS w jakimś momencie potrzebowało LPR jako politycznego koalicjanta, gotowe płacić za to prawie każdą cenę. Wyborcy bardzo ostro rozliczyli PiS także za ten sojusz, ale LPR i Samoobronę wręcz z polskiego życia politycznego usunęli. Dzisiaj pogrobowcy LPR i Samoobrony przejęli władzę na Woronicza tylko dlatego, że fundamenty mediów publicznych w Polsce są spróchniałe i chore. A media publiczne mogą być niereprezentatywne, mogą służyć za wehikuł karier i interesów ludziom, którzy nie mają żadnego społecznego mandatu. I im więcej wszechpolaków, a z każdym dniem ich przybywa, w TVP, im więcej ludzi skompromitowanego Roberta Kwiatkowskiego - a oni też wracają - tym mocniej staje pytanie, także przed Lisem, czy można to wszystko firmować.

Tym bardziej że jego swoboda dziennikarska jest większa niż swoboda wielu innych dziennikarzy pracujących na Woronicza. Bo on jest znaną twarzą, mógłby znaleźć pracę wszędzie. Jednak prawdopodobnie nigdzie aż za takie pieniądze i na takich warunkach, bo - jak już powiedzieliśmy - na Woronicza zarówno wczoraj Urbański, jak i dzisiaj Farfał płacą Lisowi nie za jego dziennikarski profesjonalizm, ale za bycie listkiem figowym.

Tomasz Lis publicznie udaje, że nie ma z tą sytuacją żadnego kłopotu. Jedyne, o co się z pozoru troszczy, to miejsce ramówkowe własnego programu, to, czy nie będzie musiał konkurować z Bondem. Ale nawet i w tym nie byłoby niczego ostatecznie kompromitującego. Nam, dziennikarzom, nie przyszło żyć w najlepszym, najłatwiejszym ze światów. Toczymy ciągłą walkę o wiarygodność w zmieniającym się kontekście władzy politycznej, stosunków własnościowych w mediach itp. W przypadku Tomasza Lisa problemem jest raczej to, że on nawet dzisiaj - po tym jak uwiarygodnił Urbańskiego, chociaż nie musiał tego robić, i jak teraz uwiarygodnia Farfała, tylko dlatego, że inaczej musiałby zerwać swój wyjątkowy, jeśli chodzi o warunki finansowe, w historii polskiego dziennikarstwa kontrakt - nie porzucił swoich ambicji bycia dziennikarskim sumieniem, kimś lepszym od innych dziennikarzy rozliczających swoich kolegów z norm i zasad, których sam nie przestrzega.

O tym wszystkim pisaliśmy w DZIENNIKU chłodno i merytorycznie, bez osobistych wycieczek. Bo naszym zdaniem Tomasz Lis się nieco zagubił. W swoim ostrym slalomie pomiędzy krytyką władzy a jej uwiarygadnianiem, pomiędzy obrażaniem dziennikarzy pracujących w TVP SA Urbańskiego, Farfała, Rudomino, a budowaniem własnej pozycji pod władzą tych samych panów. A nie jest to jedyny wybór, którego nie potrafił dokonać, jedyny labirynt, po którym się błąka. Jest jeszcze inny problem, z którym Tomasz Lis sobie nie radzi. Problem wykorzystywania dziennikarskiego autorytetu - naszym zdaniem w dużej części zasłużonego - do kariery politycznej. Było wielu dziennikarzy: Aleksandra Jakubowska, Jarosław Sellin, Jacek Kurski, Wiesław Walendziak..., którzy w pewnym momencie swego życia wybrali politykę. Nie zawsze nam się to przejście dziennikarzy do polityki podobało, ale w każdym z tych przypadków było ono przeprowadzone stosunkowo czysto. Z wyraźnym określeniem momentu, w którym przestaje się być dziennikarzem, a zaczyna się być politykiem. Z wyraźną deklaracją, że od tej chwili przestaje się już korzystać z osłony dziennikarskiego autorytetu i dziennikarskiej eksterytorialności. Tym samym przestaje się również obciążać środowisko dziennikarskie konsekwencjami swojego politycznego wyboru, swoich politycznych ambicji.

Tymczasem Tomasz Lis od paru już lat pojawia się jako potencjalny kandydat do prezydentury, potencjalny lider jakiegoś ugrupowania partyjnego. W kolejnych wywiadach nie odpowiada w sposób jednoznaczny na pytanie, czy będzie kandydował i jakie są jego polityczne ambicje. A jednocześnie do tego budowania swojej pozycji, przekraczającej już granice dziennikarstwa, wciąż w pełni świadomie wykorzystuje rolę i autorytet dziennikarza.

Myślimy, że w istocie on także ma świadomość tych problemów, tego swojego zagubienia. Też nie wie, co z tym wszystkim zrobić, bo nie tylko z naszych łamów, ale także od innych postaci i z innych obszarów środowiska dziennikarskiego czy opiniotwórczego docierają do niego sygnały, że musi wybrać i zdefiniować swój wizerunek: albo jako osoby walczącej głównie o status materialny i gotowej na daleko idące kompromisy, albo jako dziennikarskiego sumienia, nieprzekupnego, który innym dziennikarzom grozi cieniem moralnej gilotyny. On na takie środowiskowe sygnały zawsze był wrażliwy, także dzisiaj muszą go emocjonalnie destabilizować. Zamiast jednak dokonać wyboru, konsekwentnie określić swoją rolę, Tomasz Lis wybrał ucieczkę do przodu. Próbuje stłuc lustro pokazujące mu jego własne, zupełnie realne dylematy. Zaczął atakować DZIENNIK, coraz bardziej obsesyjnie, brutalnie. Choć w żaden sposób nie rozwiązuje to jego własnego, coraz bardziej dla wszystkich widocznego problemu: z wizerunkiem i wiarygodnością.