Nie tylko dlatego, że oskarżono go w płockiej prokuraturze. Z pewnością Andrzej Czuma jako minister sprawiedliwości będzie dla niego trudniejszym do atakowania przeciwnikiem niż zadufany w sobie, reprezentujący interesy własnej korporacji Zbigniew Ćwiąkalski. Wyczuwając własną porażkę Ziobro i jego sojusznicy w PiS: Kurski, Mularczyk czy Gosiewski, przypuścili atak na nowego ministra jako na człowieka niezwiązanego z wymiarem sprawiedliwości.

W ustach Ziobry to atak absurdalny, jemu samemu wypominano przecież brak doświadczenia, po wiele razy zderzano z profesorami prawa. Należało się zachować raczej tak jak Lech Kaczyński, który okazując Czumie ostentacyjną serdeczność próbował zbić własny kapitał na jego nienajgorszym na wstępie wizerunku.

Sojusznicy Ziobry zareagowali złością. Pomijając ich emocje związane z rolą Czumy w komisji badającej "zbrodnie PiS", była to złość maskująca nieudolnie słabość.Inna sprawa, czy Czuma sprosta wyzwaniom, które postawił przed nim, bardzo jednak ogólnikowo, Donald Tusk. W pierwszym wywiadzie dla Dziennika jednym tchem obiecał pilnować lepiej prokuratorów (Ćwiąkalski nie pilnował ich wcale) i przychylił się raczej do koncepcji oddzielenia prokuratury od ministerstwa sprawiedliwości -to oddzielenie było sztandarowym postulatem PO podczas ostatniej kampanii.

Rzecz w tym, że jeśli minister straci wpływ na prokuratury, nie będzie mógł nikogo pilnować, na nic reagować. Obywatele pozostaną sami wobec nieodpowiedzialnej przed nikim prawniczej korporacji.Ale też Czuma nie postawił kropki nad "i". Powiedział: "może oddzielę prokuraturę", a nie "oddzielę ją na pewno". Czyżbyśmy obserwowali przewartościowania w obozie partii rządzącej? Czyżby teraz ona miała zastąpić PiS w podnoszeniu tematyki bezpieczeństwa Polaków? Wtedy Ziobro na prawdę nie byłby potrzebny.