Wizja przywożenia do Sejmu kolejnych gangsterów, ba drobnych rzezimieszków, o dźwięcznych pseudonimach, po to aby przesłuchać ich z pompą w Sali Kolumnowej, gdzie zenawali Miller i Michnik, Rywin i Kulczyk, jest rzeczywiście całkiem zabawna. Posłużył się nią Jan Rokita, aby wykazać absurdalność pomysłu stworzenia komisji śledczej, badającej tak zwaną sprawę Olewnika. Pomysłu wysuniętego przez opozycję, a łykniętego przez cały swiat polityki w następstwie nieoczekiwanej decyzji Donalda Tuska.

"Już same nazwy miejscowości i gangsterskie ksywki, jakie przewijają się przez tę sprawę pozwalają wyrobić sobie pogląd na jej naturę. Drobin, Sierpc, Nowy Dwór, Maków Mazowiecki – to jest scena afery. Żaba, Bokser, Rudy – po jednej stronie, a duży północno- mazowiecki biznes mięsny po drugiej – to protagoniści. Polską zatrząsł niespodziewanie brutalny prowincjonalny gang, posiadający zapewne na terenie Mazowsza siatkę wpływów, możliwości i kontaktów. Nie tylko nie ma ustrojowego powodu, aby parlament wyręczał rząd i podległe mu agendy w zniszczeniu prowincjonalnego gangu i sieci jego powiązań. Więcej. Parlament nie ma do tego narzędzi" – to argumenty Rokity powtarzane ochoczo w ostatnich dniach przez licznych komentatorow od Moniki Olejnik po Sławomira Sierakowskiego.

Powiatowa afera Rywina

Ciężko jest krzyżować szpady w tej sprawie z Rokitą, który w latach 2003-2004 stał się nieomal symbolem krótkiego sezonu na polskie komisje śledcze. A jednak trzeba.

Na początek przywróćmy słowom ich właściwy sens. Ani Michał Karnowski, ani ja, nie nawoływaliśmy, aby posłowie wyjaśniali na siłę kryminalną zagadkę. Aby rozbijali gangi, wysyłali informatorów w świat północnomazowieckiego półświatka, czy nawet, przynajmniej w pierwszej kolejności, wyciskali zeznania od gangsterów. Do tego rzeczywiście ich nie wybrano. Czym więc powinni się zająć? Jakie pytania postawić i komu?

Ano na przykład powinni spytać, czy prawdą jest, że policjanci umyślnie nie badali podstawowych dowodów, że popełniali elementarne błędy w sztuce śledztwa. Że podobna była postawa płockiej prokuratury, która na przykład mając w rękach jednego z podejrzanych wypuściła go bez żadnej uzasadnionej przyczyny. I czy prawdą jest, że rozmaite centralne instytucje od CBŚ po kolejnych ministrów odznaczyły się karygodną obojętnością na sygnały o tych zaniedbaniach, choć ich przeznaczenie jest zgoła inne. Wreszcie przed komisją paść powinny pytania o błędy instytucji wymiaru sprawiedliwości w postępowaniu ze sprawcami porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Bo zginęli oni śmiercią samobójczą po tym, jak odesłano ich do płockiego wiezienia. A więc na teren, od którego powinno się ich trzymać jak najdalej, bo to tutaj rozgrywały się wcześniej domniemane niegodziwości organów ścigania. Czy to mało?

W tle zaś majaczy być może tylko publicystyczna, ale przecież warta weryfikacji teza, że za tragicznym losem rodziny Olewników stała biznesowa intryga lokalnych polityków SLD. W tym sensie ta historia przypomina – warto na to zwrócić uwagę w szczególności Janowi Rokicie – aferę Rywina. Tyle że przeniesioną w realia prowincjonalnej mieściny niczym w operze „Lady Makbet z mceńskiego powiatu” Dymitra Szostakowicza. W realia, gdzie negocjacje w kłębach cygar zastępowane są przynajmniej od pewnego momentu przez brutalny kidnaping a potem morderstwo.

Toteż uzasadnienie dla powołania tej komisji nie różniłoby się aż tak bardzo od tego, którego używał między innymi Jan Rokita wobec dochodzenia w sprawie afery Rywina. W 2003 roku posłowie wkroczyli wówczas, gdy organy państwa nie działały jak należy. Gdy normalne procedury zawiodły. Więcej – gdy stało się jasne, że w normalny rutynowy sposób nie da się niczego wyjaśnić.

Tu jest podobnie. Nie wydaje się prawdopodobne, aby jakakolwiek prokuratura była w stanie dobrać się skutecznie do skóry innej prokuraturze. Tym bardziej, aby potrafiła ocenić skalę zaniechań takich dygnitarzy jak szef CBŚ czy minister. Nawet nie z powodu ograniczeń politycznych, a logiki korporacyjnych relacji i grupowej solidarności. Tu potrzeba siły z zewnątrz. Siły, za którą stoi autorytet całego państwa.

Komisja po kostki w błocie

Czy mogłaby to być inna siła niż gremium nienawykłych do takich wyzwań parlamentarzystów? W teorii tak – gdyby Polska znała na przyklad instytucję, której powołanie Rokita kiedyś proponował. Niezależny prokurator, specjalny oskarżyciel, wyłączony z normalnej hierarchii, może nawet powołany dla jednej sprawy o szczególnym ciężarze gatunkowym, znany jest z USA i kilku państw europejskich. Tyle że w Polsce takiej instytucji nie ma (wielka szkoda). Pozostaje zdać się na sejmowych śledczych.

Nic w tym tak naprawdę niezwykłego. Spójrzmy na mekkę parlamentarnych dochodzeń, czyli na Stany Zjednoczone. Nam kongresowe komisje śledcze kojarzą się z wielkimi spektaklami, ze ściganiem przez senatora Erwina i jego kolegów prezydenta Nixona za wielką podsłuchową aferę. Z historiami, które dotykały samych szczytów władzy.

Ale już w roku 1951 Senat USA powołał specjalną komisję do spraw przestępczości zorganizowanej, nazwanej od nazwiska przewodniczącego komisją Kefauvera. Jej członkowie jeździli po różnych stanach i miastach wzywając przed swojej oblicze lokalnych polityków, biznesmenów, prokuratorów, a wreszcie i gangsterów po to, by publicznie prać ich brudy, badać grzeszki, demaskować powiązania, ba prześwietlać życie towarzyskie. Estes Kefauver, demokrata z Tenneesee, marzący o nominacji prezydenckiej, odgrywał trochę rolę telewizyjnego gwiazdora, a jednak jego dochodzenia zlamały karierę paru prowincjonalnym notablom. Choć komisja nie rozbiła żadnego gangu ani nie rozwiązała problemu zorganizowanej przestępczości, to przynajmniej wyposażyla opinię publiczną w wiedzę o skali problemu. Obnażyła obrzydliwą stronę systemu.

Czy polscy politycy gotowi są zanurzyć choćby swoje drogie mokasyny w błotniskiej rzeczywistości takich – powtórzmy za Rokitą – ośrodków jak Drobin, Sierpc, Nowy Dwór, Maków Mazowiecki? Czy będą naprawdę chcieli? I czy będą umieli?

Posłowie bezradni, ale...

Zmierzą się z pewnością z barierą własnej niekompetencji. Bo choć – powtórzmy – nie rozbijanie prowincjonalnych gangów jest ich zadaniem, żeby przebić się przez magmę błędów, zaniechań, a może celowych machinacji policjantów, prokuratorów czy przyjaźniących się z gangsterami lokalnych działaczy partyjnych, muszą przekształcić Salę Kolumnową Sejmu nie w biuro śledcze wprawdzie, ale po troszę w salę sądową.

Bez wątpienia członkowie amerykańskiego Kongresu radzą z tym sobie lepiej, choćby dzięki istnieniu profesjonalnego aparatu, o którym polscy posłowie mogą tylko marzyć. W tamtejszych dochodzeniach senatorów i kongresmenów zastępują w trakcie wielu czynności wynajęci i niezwykle sprawni prawnicy. Czasem to nawet oni prowadzą kluczowe przesłuchania. Gdyby polska komisja śledcza, ta czy następna, chciała pomyśleć o realnym sukcesie, powinna poszukać stosownych narzędzi. Nie wiem, czy w świecie polskiej, biednej i partackiej polityki będzie to możliwe.

Z pewnością posłowie badający sprawę Olewnika będą się też od początku zderzać z pytaniami, także własnymi, dlaczego zajęli się właśnie tą historią, a nie inną. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy porywano syna biznesmena, inny przedsiębiorca Roman Kluska padał ofiarą prowokacji kompletnie bezkarnych funkcjonariuszy służb specjalnych. A przypowieści o sprzysiężeniach lokalnych politykow, sędziów, prokuratorów, policjantów, a czasem i bandytów znamy bez liku. To jest tak naprawdę pytanie o rolę przypadku w polityce i nie ma na nie zadowalającej odpowiedzi. Czy zdecydowała determinacja Olewnika ojca, który potrafił dotrzeć do opinii publicznej z własną histori? Czy przełomowy moment samobójstwa Pazika, który dał Tuskowi asumpt do jakiejś zmiany polityki w wymiarze sprawiedliwości?

Bardziej racjonalne od rozważań nad przypadkowością tego momentu wydaje mi się jednak jego wykorzystanie. Gdy całe społeczeństwo zobaczy twarze policjantów łamiących podstawowe normy etyczne swojego zawodu, może dojść do przynajmniej połowicznego oczyszczenia. A przede wszystkim do – także zapewne połowicznego – zabezpieczenia interesów następnych Olewników. Lokalne mafie przestaną być bezkarne. Jest na to, może wątła, ale jakaś szansa.

Pozostaje oczywiście w mocy niezwykle ważny, trudny do zignorowania argument oponentów komisji śledczej, na czele z Rokitą. Polska polityka, skrajnie upartyjniona, przypominająca starcia kilku opancerzonych drużyn, gdzie niewiele jest miejsca już nie tylko na dobro wspólne, ale na zwykłą refleksję, szybko pogrzebała nadzieję na sensowne parlamentarne dochodzenia. One się oczywiście toczą, ale bardziej jako polityczne bijatyki, niespecjalnie interesujące kogokolwiek, łącznie z tymi, którzy domagali się ich prowadzenia.

Nic się nie da zrobić?

To wszystko prawda. Widać pewne promyki nadziei – na przykład zgłaszanie przez partię w skład tej akurat komisji ludzi nieznanych w roli parlamentarnych harcowników. Takich jak poseł PO Marek Biernacki powszechnie szanowany jako znawca tematyki bezpieczeństwa. Ale niepokój, czy polityka nie zwycięży, jest naturalny i będzie nam towarzyszył od pierwszej do ostatniej chwili tego dochodzenia. Każdy ma tu kogoś do wybronienia. Negatywnym bohaterem w wersji rodziny Olewników jest na przykład obecny wiceminister spraw wewnętrznych Adam Rapacki, ale z kolei platformersi zasadzają się już na Zbigniewa Ziobrę, a PO i PiS może, choć tylko po części, pogodzić zamiar pokazania patologii ery Millera, trudny do przyjęcia dla lewicy.

Jeśli zresztą komisja wejdzie tak naprawdę w głąb całej historii, nieprzyjemnych momentów mogą się spodziewać wszyscy, łącznie z samymi Olewnikami. Czy polski świat polityki gotów jest na taką wiwisekcję? Czy każda ze stron nie będzie wolała ograniczyć się do własnej propagandowej wersji, wygodnej w danej chwili partyjnym kierownictwom?

Może tak. Tylko, że przyjmując takie fatalistyczne założenie, powinniśmy – jak to już napisałem to w internetowym komentarzu na gorąco – rozwiązać polskie państwo. Ja zaś uważam, że nawet gdyby to państwo było rzeczywiście w stanie opłakanym, należy zawsze działać tak, jakby była nadzieja na jego uzdrowienie. Ta komisja może się skompromitować w bezpłodnym zamęcie, może stanąć bezradnie wobec wlasnej niekompetencji, ba zgasnąć w atmosferze powszechnego braku zainteresowania, bez żadnych sukcesów.

Ale dajmy jej szansę. Doskonale pamiętam, jak Jan Rokita na początku dochodzenia w sprawie Rywina mówił: nic się w tej mojej komisji nie da zrobić, poskomuniści nie dopuszczą. A potem nastąpił cud. Cuda w polityce się zdarzają. Rzadko, ale się zdarzają...