Zawsze można się jednak łudzić. Tak jak trzy miesiące temu tliła się nadzieja, że to nie przedstawiciel najtwardszego piłkarskiego betonu zostanie nowym prezesem PZPN i jakieś reformy jednak będą, tak teraz wszyscy czekali na przełomowe wystąpienie Kazimierza Grenia.

Czołowy działacz związku, członek zarządu i szef niedawnej kampanii wyborczej Grzegorza Laty, przez cały tydzień zapowiadał, że odpali prawdziwą bombę. Aby zwiększyć napięcie rozesłał do redakcji osobiste zaproszenia, w których informował, że wyjawi „całą prawdę”. Można było się spodziewać, że jednak coś chlapnie, bo sprawiał wrażenie człowieka rozchwianego emocjonalnie. Podczas lokalnego zjazdu w Boguchwale sugerował, że ma dojść do nagonki na jego osobę i może on... popełnić samobójstwo. Greń oczywiście nie powiedział nic. Okazało się, że szum, który wywołał, to efekt histerii po tym jak Lato wykiwał go po wyborach, nie przydzielając mu żadnej poważnej funkcji. Najprawdopodobniej Lato dzień przed zjazdem udobruchał dokazującego Kazia. I niebawem jakieś zabawki do piaskownicy Greń jednak dostanie.

Zawód jaki spotkał media, po nieodpalonej bombie usiłował zrekompensować odwołany przez zjazd członek zarządu Ryszard Adamus. Traktowany dotąd nieco z przymrużeniem oka działacz, postanowił zostać Palikotem polskiej piłki. Udowadniał, że PZPN to wcale nie są jedynie leśne dziadki, lecz najprawdziwsza mafia. Dwaj inni delegaci działacz Szypuła i działacz Szczęsny mieli bowiem grozić Adamusowi, że przestrzelą mu kolana jeśli nie poda się do dymisji.

"Złożyłem rezygnację, ale później ją wycofałem. Mojego drugiego pisma jednak już nikt nie uwzględnił. Jeżeli w poniedziałek ktoś mówi, że jest głupi, a we wtorek mówi, że nie jest, to chyba liczy się to zdanie z wtorku" - argumentował Adamus.

Wywód kuriozalny, ale świadczący o sposobie myślenia działaczy i ich postrzegania świata. Nie mamy prawa rozliczać i czepiać się za to co powiedzieli lub obiecali w niedzielę. Przecież mamy poniedziałek.