Tak samo opiszą kongres PiS i przyjaciele, i wrogowie partii Jarosława Kaczyńskiego. Różnica będzie dotyczyła dwóch spraw. Pierwszej - czy to przemiana wiarygodna? Czy wystarczy poprosić o zapomnienie koalicji z populistami, by wszyscy na to przystali? I tu odpowiedź mam jednoznaczną: Nie i długo jeszcze nie. Co więcej, po takiej deklaracji, po mocnym "przepraszam" w stosunku do inteligencji Jarosławowi Kaczyńskiemu długie miesiące będzie wolno znacznie mniej niż innym. Bo każdy, najmniejszy nawet atak czy agresja, będą odebrane jako złamanie danego słowa. I sprawa druga. Czy tę przemianę mozna uznawać za już dokonaną czy też należy opisywać ją jako dopiero co zaczętą próbę? Przychylałbym się do tej drugiej tezy. To dopiero początek drogi. Próba. Nowy garnitur uszyto ale nie wiadomo jeszcze czy będzie wygodny. Czy szwy nie popękają. Jeśli zaczną, nie mam wątpliwości, lider PiS może równie szybko wrócić do starego stroju. A więc, podkreślmy raz jeszcze, to tylko próba.

Pomimo tych zastrzeżeń Kaczyński i jego partia wychodzą z wydarzeń weekendu wzmocnieni. Bo choć tylko ludzie całkowicie oderwani od realiów i nastrojów społecznych mogliby prorokować jakiś radykalny skok sondażowy, to na pewno zaczął się nowy etap. PiS, jak to zrobił już w 2005 roku, wystartował z kampanią wyborczą wcześniej niż inni. Tak wcześnie jak nikt nigdy. Wie, że ma duży dystans do nadrobienia. Czuje też, że w wyścigu łatwiej zgubić stare podziały i zapomnieć o porażkach. W tym sensie sądzę, że nowohucki kongres zapamiętany zostanie jako chwila otrząśnięcia się tej partii z wyborczej porażki. Moment, kiedy pisowski okręt odzyskał sterowność.

Było to też wydarzenie po prostu ciekawe pod względem intelektualnym. Dla nas, publicystów DZIENNIKA, także jako potwierdzenie tezy stawianej na naszych łamach od dawna. Twierdzenia, że polskie wyzwanie numer jeden to modernizacja kraju, że tego Polacy i Polska potrzebują. Ale przecież nie ma do tej modernizacji jednego klucza, za wielu połamało sobie zęby na choćby autostradach, żebyśmy nie wiedzieli, że każdy pomysł wart rozważenia. Kurs na modernizację nie oznacza więc zaniku polityki czy technokratycznego uznania, że wiadomo jak rządzić, że wiedzą to mądrzy eksperci i kropka.

Jest odwrotnie - bez politycznej woli do przodu nie ruszymy. Bez nacisku i ciągłego poganiania, wszystkie postkomunistyczne państwa stają w miejscu. Kaczyński potrafił o tym opowiedzieć intrygująca, choć nie ze wszystkimi jego receptami można się zgodzić. Ale to jeszcze jeden powód dla którego kongres PiS był ważnym wydarzeniem. Tak naprawdę sens pisowskiego spotkania był dość prosty: Kaczyński rzucił rzadzącej formacji wyzwanie na polu na którym do tej pory najczęściej przegrywał. W jego przemówieniu programowym kilkadziesiąt razy padło słowo "nowoczesność". I tak naprawdę to chyba była główna praca intelektualna jaką wykonywał w Klarysewie. Program był bez wątpienia w 90 procentach stary. Nowe były nazwy i obietnica spokojniejszego dochodzenia do celów. Zamiast rewolucji - mocna korekta. W miejsce walki z układem (pojawiło się w przemówieniu tylko raz), walka o nowoczesność. Choć oczywiście bez układów. Brzmi podobnie, ale znaczy co innego. A do tego informatyzacja, innowacyjność, zapowiedź zniesienia barier biurokratycznych.

Jest to w gruncie rzeczy obietnica dalszego normalnienia polskiej polityki. Odejścia od emocji, które po aferze Rywina i innych kompromitacjach III RP były uprawnione i podzielane przez większość Polaków, ale które stosowane w zbyt dużym natężeniu i tylko w celu pognębienia przeciwnika, kilka razy zaprowadziły ich autora na manowce. Teraz prezes Kaczyński mówi nam wszystkim: popełniłem błędy, wyciągnąłem wnioski. Musi jednak pamiętać, że przy okazji podpisał czek z którego będzie rozliczany.

Patrzmy teraz uważnie także na reakcję opozycji. Platforma Obywatelska próbowała najpierw nie zauważać, sygnalizowanej przecież wcześniej, zmiany tonu w słowach liderów PiS. A potem przykryć ją szybką i mało jednak poważną ofertą przemowy lidera PO na kongresie PiS. Na chwilę efekt osiągnęła, sam w pierwszym odruchu uznałem to za dobry gest. Ale po chwili przyznałem rację Rafałowi Matyi, który uznał to za gest zanurzony w epoce palikotowej a nie na poważna odpowiedź na wyzwania kryzysu. A konsekwencje społeczne spowolnienia gospodarczego o nieznanej jeszcze głębokości to wielki cień kładący się powoli nad polską polityką. Kwestie estetyczne spycha w cień. Skraca pamięć. Budzi desperację. Kaczyński Polakom już dzisiaj mówi - oto jestem, oto moja oferta. Ciekaw jestem jaka będzie odpowiedź PO? Bo na razie nie padła. I na pewno nie udzieli jej Janusz z Lublina, nawet jeśli wślizgnie się na dziesięć spotkań PiS.