Wbrew temu, o czym nas zapewniano do niedawna, bezpieczeństwo i przyzwoitość operacji na polskim rynku finansowym nie odbiegały bardzo od upadłych standardów amerykańskich transakcji toksycznymi aktywami.

Niektóre spośród banków przekształciły usługę bankową, opartą przecież na zaufaniu i pomocy dla firm, w zakłady bukmacherskie, w których realne ryzyko hazardzisty ponosić miał nie bank, ale jego klient. Od teraz wiadomo przynajmniej, że bijące ciepłem i ufnością reklamy tzw. „produktów bankowych” nie są warte więcej od kiepskich i nudnych reklam złych szamponów. Ale też pryska mit o wysokich standardach i kompetencji polskiego nadzoru bankowego. Potwierdzają się natomiast niezweryfikowane dotąd przypuszczenia, że niedawna konfliktowa politycznie operacja wydzierania przez poprzedni rząd nadzoru z NBP nie przyniosła dobrych efektów. Na pewno nie podniosła standardów nadzorczych nad rynkiem, a niewykluczone, że je obniżyła.

>>> Cezary Michalski: Czuwając nad zwłokami złotówki

Teraz w sytuacji „kryzysu opcyjnego” niezależnie od siebie działają cztery istotne instytucje: Urząd Wicepremiera od gospodarki, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego oraz Ministerstwo Finansów. Ostatnie dni pokazały, że nawet instytucje wewnątrzrządowe w sytuacji kryzysowej nie mają wspólnej polityki. Nie cieszyłbym się natomiast - jak nielubiący PSL-u internauci - że we wtorek „strażak niczego nie osiągnął”. To, że po kilku tygodniach chaotycznych, nieprzemyślanych albo niedokończonych inicjatyw rząd nadal nie wie, co państwo ma czynić wobec „kryzysu opcyjnego”, jest mało optymistyczne. Owszem, to bardzo dobrze, że KNF w końcu utworzyła punkt mediacyjny między przedsiębiorcami i bankami. Dobrze też, że na wniosek rządowego komitetu ministrowie będą dokonywać „pogłębionych analiz” i przedstawią informacje o możliwych do zastosowania procedurach prawnych. Ale to za późno i za mało. Choć zapewne bez akcji Pawlaka i mediów nie byłoby nawet tego, gdyż jeszcze w początkach lutego KNF bezsensownie oznajmiała, że nie interesuje jej „spekulacja na rynku walutowym”!

Nie żyjemy w czasach Kodeksu Napoleona, który absolutyzując zasadę swobody umów, powiadał bezwzględnie, iż „umowy są prawem dla tych, którzy je zawarli”. Nowoczesne prawo cywilne nie pozwala na to, aby bankowy stosunek zaufania niespodziewanie przekształcić w zwykły kasynowy hazard. To bowiem - jak powiada polski kodeks cywilny - „sprzeciwiałoby się naturze tego stosunku” (art. 353).

Jest kwestią rządu, banku centralnego i ich ekspertów odpowiedzieć na pytanie: w jaki sposób szybko doprowadzić do renegocjacji tych nagannych, a być może także ex lege nieważnych umów. Przedstawiona przez poseł Aleksandrę Natalli-Świat idea prawnego narzucenia stronom takiego obowiązku przez państwo jest jedną z roztropniejszych możliwości nieobarczonych zarzutem działania prawa wstecz. Wiąże się ona oczywiście z ryzykiem procesów odszkodowawczych przeciwko państwu, wygranych raczej, ale kłopotliwych dla rządu. Silna władza i autorytatywny nadzór finansowy dysponować powinny praktycznymi możliwościami pozaustawowego porozumienia tego rodzaju z bankami działającymi w Polsce.

To byłoby - rzecz jasna - rozwiązanie nie tylko najmniej ryzykowne dla rządu, ale też ujawniające prawdziwą siłę państwa, z którym wielkie finanse muszą się liczyć. Jedno jest tylko ważne. Tym razem nie wystarczy przydatny czasami - bo studzący rozpalone kryzysem głowy - zachowawczy i nieco bierny leseferyzm premiera Tuska i ministra Rostowskiego. Zostawienie dziesiątków małych i średnich polskich firm sam na sam w wieloletnich procesach cywilnych z międzynarodowymi bankami byłoby nie tylko rażącą niesprawiedliwością. Byłoby także zdradą bliskiej - jak mi się zdaje - premierowi wizji uczciwego kapitalizmu.