Przez chwilę my, Polacy, byliśmy na Zachodzie. Było to zaledwie rok temu. Dolar był po dwa złote, frank szwajcarski po niewiele więcej, a euro po trzy. A nasze pensje umożliwiały nam nie tylko wyjazd wczasowy, ale nawet pomieszkanie w USA czy Europie Zachodniej na standardach ludzkich, a nie na standardach Albańczyków, którzy wysiedli ze swoich łódek, albo emigrantów z lat 80. otrzymujących pierwszy czek w swoim obozie przesiadkowym.

Ja sam, siedząc przed rokiem w USA, z moją pensją wypłacaną w Warszawie, a wyciąganą z bankomatów w ścianach chicagowskich czy nowojorskich drapaczy chmur, czułem się przez chwilę jak człowiek. Nie musiałem sępić i wpraszać się na uroczyste bankiety. Gdzie tam! Sam mogłem zaprosić moją dziewczynę do knajpy czy postawić obiad akademickiemu intelektualiście, którego zamierzałem przy deserze zapytać o "wyborcze szanse Obamy".

I była szansa na to, żeby ten stan utrzymać. Na skalę całego kraju. W wymiarze naszych osobistych pensji i oszczędności, a także w wymiarze polskich firm powiązanych ze światem dolara i euro tysiącami kontraktów. Wystarczyło nasze przygotowania do przyjęcia euro zacząć w 2006 roku, a nie w 2009. Wystarczyło, tak jak sąsiednia Słowacja, znaleźć się w strefie euro 1 stycznia tego roku, a już od wielu miesięcy mieć własną walutę do euro przylepioną.

Wówczas kryzys nie sprowadziłby naszego narodowego pieniądza, a wraz z nią naszej narodowej gospodarki i nas wszystkich, z powrotem paręset kilometrów na Wschód. Gdzieś tak na szerokość geograficzną Ukrainy Zachodniej. Opcje walutowe nie rzuciłyby setek polskich firm i banków na skraj bankructwa. Mogliśmy pozostać na Zachodzie, gdyby tylko przed trzema laty, a nie dopiero dzisiaj, rozpocząć naszą drogę do euro. Polska gospodarka i polska waluta były wtedy w idealnym momencie. Kryzys się jeszcze nie zaczął. Był dopiero na odległym horyzoncie. Bush dopiero uchwalał swój przedostatni budżet rekordowego deficytu.

Wiem, kto wtedy w Polsce rządził i wiem, kto postanowił inaczej. Byli to ludzie wierzący, że złotówka będzie narzędziem ich suwerennej władzy nad Polską, ich berłem i jabłkiem. Podczas gdy w rzeczywistości słaby lokalny pieniądz jest dziś tylko spekulacyjnym śmieciem, którym może się zabawić każdy, kto ma kilka milionów euro do szybkiego obrócenia na walutowym rynku w którymś z krajów naszego regionu, niemających jeszcze euro, ale złotówkę czy forinta.

Właśnie dlatego, że to wszystko pamiętam, żałuję, że Lech i Jarosław Kaczyńscy nie korzystają dzisiaj z okazji, żeby nie zabierać głosu w sprawie euro. Ale czy ktoś, kto nie ma konta w banku, musi się obawiać, że wyparują jego oszczędności w złotówkach?