W roli głównej tego spektaklu występuje Włodzimierz Cimoszewicz, polityk który przed czterema laty opuścił SLD zostawiając kolegów na lodzie. A teraz jak gdyby nigdy nic stawia warunki. Wizja lewicowych list według Cimoszewicza to efekt nieco dziwacznego porozumienia. Z jednej strony ma występować partia dysponująca strukturami, pieniędzmi i realnym sondażowym poparciem, czyli SLD. Po drugiej kilka "autorytetów". Przede wszystkim sam Cimoszewicz i europoseł Dariusz Rosati.

Nic dziwnego, że szef Sojuszu Grzegorz Napieralski jest wkurzony. Porozumienie mrówki ze słoniem, w którym to mrówka ma na dokładkę dyktować warunki, to rzecz drażniąca, a Cimoszewicz zdążył już ogłosić, że nie chce na wspólnych listach Oleksego i Millera, za to chce dawnych działaczy Unii Wolności, których eseldowski aparat uważa za obcych. Wkurzenie Napieralskiego jest tym większe, że znana jest nieumiejętność działania Cimoszewicza w zespole. Wybrany dzięki wsparciu SLD zapewne natychmiast się z tą partią rozstanie, tak jak opuścił ją w 2005 roku, rezygnując z kandydowania na prezydenta. A w każdym razie zacznie ją krytykować.

Napieralski odpowiada propozycją startu Cimoszewicza i Rosatiego z list SLD. Ma rację, ale w polityce racja nie wystarczy. Bo Cimoszewicz ma w rękach jeden atut: strach lewicy, skądinąd uzasadniony, przed startem dwóch konkurencyjnych list. Nawet gdyby porozumienie Cimoszewicz-Rosati zabrało SLD dwa procent, to tych dwóch procent może zabraknąć, żeby się wcisnąć do Parlamentu Europejskiego. Zwłaszcza że wybory europejskie mają trochę inną naturę niż krajowe. Tu pożądane są głośne nazwiska kojarzone z tematyką międzynarodową. To jedyny atut Cimoszewicza i Rosatiego, ale atut ważki.

Zapewne skończy się osobnym startem obu grup, co przeciwnicy Napieralskiego w samym SLD (przymierzający się do europarlamentu Wojciech Olejniczak) zrzucą potem na jego barki. Niesłusznie. Przeciw lewicy działa po prostu logika historii. Jan Rokita powiedział kiedyś, że słabnący obóz postkomunistyczny się "polonizuje", czyli przejmuje wszystkie wady polskiego życia publicznego, które kiedyś było udziałem przede wszystkim prawicowców wywodzących swój indywidualizm jeszcze z czasów antypeerelowskiej opozycji, a tak naprawdę z sejmików przed pierwszym rozbiorem. Dawni sekretarze dla odmiany potrafili być zwarci, teraz jednak zatracili tę zdolność. "Polonizacja" oznacza w finale zatratę instynktu samozachowawczego. Nic dziwnego, że polska lewica zmierza do ognia jak dorodna ćma, i to już po raz kolejny. W tym momencie akurat w dużej mierze za sprawą przekonanego o swojej nieomylności Cimoszewicza.