Aktywność polskiego rządu w kwestii walki z kryzysem sprowadza się niemal wyłącznie do działań propagandowych. Tak właśnie jest też z zapowiedzią spłacania przez rząd kredytów hipotecznych osób, które straciły pracę.

Dość kontrowersyjny program oparty na pięknym haśle ochrony szarego człowieka przez finansowanie kredytów mieszkaniowych (które jednak szybko okazało się wybiórczym dofinansowaniem) od razu uruchomi patologiczny mechanizm. Jaki? Przypomnijmy – gdy tylko wycofano zasiłki dla rodzin i ograniczono je do samotnych rodziców, zaowocowało to fikcyjnymi rozwodami – po to, by mimo wszystko utrzymać zasiłki w rodzinach. Podobnie w tej sytuacji – bardzo rozsądne i logiczne będzie rozwiązanie, że ludzie za porozumieniem z pracodawcą będą fikcyjnie zwalniani z pracy. Możliwość zdobycia dodatkowych pieniędzy na spłatę mieszkania jest przecież wielce kusząca.

Wprowadzenie przez rząd pewnych zastrzeżeń co do skali pomocy świadczy o tym, że nasi rządzący zrozumieli trochę po czasie potrzebę wprowadzenia ograniczeń. Ale sama kwota, jaką przeznaczono na na ten cel, wskazuje, że rzecz ma charakter raczej propagandowy. Wszak 300-400 milionów złotych, o których mówił premier, to suma, która jest równowartością ok. 1000 mieszkań po 300-400 tys. złotych każde. W skali całej Polski to bardzo niewiele.

Wiemy też dobrze, że bardzo małe mieszkania – do których rządowy program ma się ograniczać – nie cieszą się aż takim zainteresowaniem nabywców. Dla świeżo zwolnionego z pracy człowieka zaś pomoc w wysokości 500 zł przy znacznie wyższej racie kredytu jest po prostu niewystarczająca.

Ta akcja ma więc służyć wyłącznie pokazaniu, że „rząd coś robi". A co w tym wszystkim najzabawniejsze – nawet to ograniczone działanie będzie wymagało bardzo dużego aparatu administracyjnego – sprawdzającego zapewne licznych niewypłacalnych. Rzeczywisty koszt wielkiej operacji może się zatem okazać tak wysoki, że skórka nie będzie warta nawet wyprawki.