Kwestia wprowadzenia w Polsce euro już od kilku dni, czyli od słynnego "kryzysowego expose” Donalda Tuska, jest z powrotem na ustach wszystkich. Gorzej jednak, że argumentacja, która jest przy tej okazji używana przez obie strony politycznego sporu, została w przeciągu tych samych kilku dni znacznie wyprzedzona przez rzeczywistość.

Strona rządowa zdecydowanie zbyt mocno starała się nas postraszyć możliwymi konsekwencjami niewprowadzenia wspólnej waluty. Kłania się tu nieszczęsny przykład euroobligacji, o których mówili już i premier i minister Sławomir Nowak, a o których jak dotąd nie dało się powiedzieć nic konkretnego.

Z kolei opozycja, czyli przede wszystkim PiS, używa wciąż tych samych argumentów co jeszcze kilka miesięcy temu. Zapomina, że już kompletnie nie przystają one do rzeczywistości, która w ostatnich dniach nabrała kosmicznego przyspieszenia. Na tym tle niedawne twierdzenia Jarosława Kaczyńskiego, że na wprowadzeniu euro stracą wszyscy, a w szczególności emeryci, wydają się kompletnym archaizmem. Widzi to każdy, kto choć raz spojrzał ostatnio na zmieniające się kursy walut.

A spojrzał niemal każdy Polak. Bo gdy rząd i opozycja zapętlają się w sprzecznościach, społeczeństwo odbywa przyspieszony kurs edukacji w sprawie euro. Rzeczywistość każdego dnia podsuwa wyłącznie argumenty za tym, że Polska powinna jak najszybciej zmierzać w stronę Eurolandu. Nie trzeba już nikogo do tego na siłę przekonywać, tym bardziej zaś nie warto próbować kogoś do tego zniechęcić.

Zwłaszcza że obie strony politycznego sporu poczyniły już pewne kroki na rzecz wprowadzenia euro. Rząd Donalda Tuska rozmawia o tym właśnie z odpowiednimi instytucjami europejskimi. Prezydent zaś zdobył się na wyprawę na Słowację, by na własne oczy zobaczyć, czy czasem wymiana koron na euro nie doprowadziła tam do jakiegoś starannie skrywanego kataklizmu.

Może już czas więc zaprzestać w Polsce szamańskiego tańca wokół euro i jeszcze uważniej przyjrzeć się słowackim doświadczeniom. Właśnie tam przecież wprowadzenie europejskiej waluty stało się ponadpartyjnym priorytetem. I dlatego też Słowacy mogą dziś się tylko śmiać z części naszych kryzysowych obaw, podczas gdy dla nas są one bolesną nauczką. Miejmy nadzieję, że w kwestii euro – już ostatnią.