ANNA WOJCIECHOWSKA: Patrzy pan dziś na Marcinkiewicza i kogo widzi?
LESZEK MILLER: Widzę człowieka, który niby odszedł z polityki, ale wciąż chce być politykiem.

A nie człowieka, który właśnie traci bezpowrotnie miano polityka?
Dziś przestał być traktowany poważnie. Ale jak będzie za pół roku? Nie wiem. Zmiany na polskiej scenie politycznej są tak duże, szybkie i niespodziewane, że wszystko jest możliwe. Jest prawdopodobny gwałtowny upadek, czego doznał teraz Marcinkiewicz, a następnie równie szybkie podniesienie się. Koniec w polityce jest wtedy, kiedy polityk przestaje się pojawiać w mediach. Jeśli wciąż jest w nich obecny, to ciągle ma szanse.

Istnieć można, ale wyobraża sobie pan, że na samej scenie politycznej będzie jeszcze traktowany jak poważny partner, że np. PO sięgnie po niego i uczyni ważnym ministrem w rządzie?
Jak najbardziej. To zależy od tego, w jakiej sytuacji będzie Platforma. W krytycznych sytuacjach podejmuje się niekonwencjonalne, dramatyczne decyzje. W związku z kryzysem PO znajdzie się w obliczu takiego właśnie stanu rzeczy.

>>> Marek Migalski: 5 największych błędów Marcinkiewicza

Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy - zwracał pan jednak uwagę premierowi Buzkowi. Jak to odnieść do obecnej sytuacji Marcinkiewicza?
Tego sformułowania użyłem znacznie wcześniej, niż pojawił się premier Buzek. Dziś bym je zmodyfikował: prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, że nigdy nie kończy. Proszę zwrócić uwagę, że jakiś czas temu wydawało się, że Lech Wałęsa nie jest w stanie wydźwignąć się z bardzo niskich notowań. Dziś jest na czele rankingów. Naprawdę nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Tym bardziej dziś, kiedy wchodzimy w okres bardzo niepewny, czas wielkiej mgły. To, co razi w postępowaniu Marcinkiewicza, to nie to, że on zakochał się w młodej kobiecie tylko to, że jego dzisiejsze postępowanie stoi w jawnej opozycji do pobrzmiewających jeszcze w uszach słów sprzed lat, gdy był wybitnym aktywistą ZChN i działaczem rodzin katolickich. To jest dysonans, dla wielu ludzi nie do zniesienia. Ale gdyby się okazało, że to jego nowe małżeństwo będzie jakimś przykładem spóźnionej miłości, to kto wie, czy kiedyś w przyszłości nie będzie mu jeszcze procentować.

To optymistyczne spojrzenie dla Marcinkiewicza. On wyraźnie nie kończy. Zatem jest prawdziwym mężczyzną?
A to się jeszcze okaże. To, co przeszkadza męskiemu wizerunkowi u Marcinkiewicza, to nieustanna chęć banalnej gry, a raczej popisywania się - wszystko jest na sprzedaż. To, co w tej chwili robi, to jest już wygłupianie i ośmieszanie się. Nie wyłączając ostatniego przekazu z Londynu, gdzie jasne jest, że Marcinkiewicz nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jest z narzeczoną przed kamerą. W dodatku partnerka bardziej wdzięczyła się do kamery niż do niego. To kolejny dowód na to, że Marcinkiewicz nie jest tylko aktorem, ale i reżyserem tego wszystkiego. Znam wielu mężczyzn, również znanych, którzy się rozwiedli, ale oni nie robią z tego spektaklu publicznego. Nie czynią tak, bo zdają sobie sprawę, jakie to byłoby bolesne dla tych, których opuścili. Wyobrażam sobie, jak musi się dziś czuć pani Marcinkiewicz, dzieci, kiedy ten spektakl oglądają. Były premier jest bardzo w stosunku do nich okrutny.

>>> Przeczytaj najnowszy wiersz Isabel – partnerki Marcinkiewicza

Dlaczego to robi? Trudno powiedzieć, znając jego przeszłość, że był złym człowiekiem. Oszalał, jak mówi wielu?
Zaraził się straszną chorobą znaną pod nazwą: parcie na szkło. A jej objawem jest właśnie dążenie za wszelką cenę do tego, by być na czołówkach gazet i serwisów informacyjnych, robić wszystko, aby nie dać o sobie zapomnieć.

Ale on przecież żył w publicznej świadomości. Odchodził jako najbardziej ukochany przez Polaków premier i do niedawna cieszył się gigantycznym zaufaniem i popularnością. Wszyscy zachodzą dziś w głowę, jak mógł na własne życzenie tak zmarnotrawić to zaufanie?
Trzeba pamiętać, że Marcinkiewicz nie przeżył powolnej drogi wdrapywania się na szczyt. Dla niego samego propozycja, by zostać szefem rządu, była dużym zaskoczeniem. Ten właśnie fakt niewątpliwie zaważył na jego wyobrażeniu tak o polityce, jak i o życiu. W dodatku jeszcze w czasie pełnienia urzędu zajmował się głównie promocją własnej osoby, a nie rządzeniem. Robił to świetnie i kiedy zmuszono go do odejścia, zdziwił się, że programy informacyjne nie zaczynają się od wiadomości, co robi i co ma zamiar zrobić. W pewnym momencie poczuł, że jest zupełnie na uboczu i nowa sytuacja skłoniła go do tego, aby ją wykorzystać. Pomyślał sobie: show must go on.

I to przedstawienie może zyskać poklask?
Miłość jest piękna w każdym wieku, jeżeli tylko jest uczuciem prawdziwym. Czy to, co w tej chwili oglądamy, jest tylko kolejnym pomysłem PR-owskim, czy kryje się za tym coś głębszego, kto tu jest stroną aktywną - partnerka czy partner - to się dopiero okaże. Ja bym przestrzegał przed wyciąganiem dziś ostatecznych wniosków. Polska opinia publiczna bardzo łatwo wpada z zachwytu w nienawiść i odwrotnie.

Mówi pan to z własnego doświadczenia?
W jakimś sensie tak. Ja byłem o wiele dłużej premierem, miałem więcej sposobności do narażenia się. Różnica między nami polegała na tym, że ja zaczynałem od wymuszonych sytuacją wielkich cięć socjalnych, a Marcinkiewicz mógł zaczynać od rozdawania pieniędzy. To jest zasadnicza różnica dla polityka. Choć ostatecznie tak naprawdę przejechała mnie afera Rywina. To było pierwsze tego typu widowisko, a pierwsze waży najwięcej.

I nie przyszła panu choć na chwilę myśl: jestem skończony w polityce?
Są ludzie, którzy się szybko załamują: wystarczy lekki powiew chłodnego wiatru i jest już ciężkie zapalenie płuc. A są tacy, którzy przechodzą bez szwanku poważne epidemie. Ja należę do tych bardziej odpornych. Wszystko zależy, co się przeszło w życiu politycznym, gdzie się wcześniej tkwiło, co się widziało. Nie wiem, jaką odporność ma Marcinkiewicz. Na razie wygląda, że niezłą. Tak to jest: dopóki się żyje, trzeba być w grze.

W przypadku Marcinkiewicza ceną za to pozostanie w grze jest wystawienie na sprzedaż swojego romansu i życia rodzinnego, w przypadku pana mówi się o romansie z Samoobroną. Który upadek jest bardziej godny?
Bardzo chciałem być w Sejmie i sądziłem, że Samoobrona przejdzie przez 5 procent. Już w czasie kampanii zorientowałem się, że będzie trudno. Ludzie na ulicach Łodzi mówili mi "Panie Leszku, zawsze na pana głosowaliśmy, ale tym razem jest pan na niewłaściwej liście". Moje ryzyko było jednak o wiele mniejsze niż Marcinkiewicza. Łatwiej wrócić na właściwą listę niż do poprzedniego domu.

Rozumie pan trochę Marcinkiewicza? Stanowisko premiera może aż tak "dowartościować" mężczyznę, że będąc przykładnym mężem z Gorzowa Wielkopolskiego, porywa się na takie przedstawienia? Doświadczenie posiadania władzy tak działa?
Nie ma co ukrywać, władza jest afrodyzjakiem. Wokół każdego ważnego polityka kręci się mnóstwo atrakcyjnych dziewcząt, często bez żadnych złych intencji, a często z zamiarami oczywistymi. Bill Clinton jest tu dobrym przykładem. Wszystko zależy od mężczyzny: czy ulegnie pokusie, czy nie. Czy popadnie w samozachwyt, czy też nie da się omamić złudzeniom. Niektórych tak to kręci, że nie tylko ulegają adoracji, ale nawet wierzą, że wynika ona z ich niezwykłych męskich przymiotów. Dopiero potem, kiedy tracą władzę, okazuje się, że stopień ich atrakcyjności szybko maleje. Nie bez znaczenia jest też przejście do biznesu. Wielkie pieniądze są zawsze magnesem dla młodych kobiet.

A dla mężczyzn źródłem pokusy ulegania im.
Owszem. Posiadanie wielkich pieniędzy nie oznacza pozbycia się kłopotów, tylko oznacza inne kłopoty. Jak ulał pasuje do Marcinkiewicza. Swoją drogą proszę zauważyć, że skandale obyczajowe i rozwody nie dotyczą znanych polityków lewicy. Politycy lewicy się de facto nie rozwodzą. Z punktu widzenia Kościoła prowadzą wręcz bardzo przykładne życie. Natomiast można wymienić kilku ważnych polityków prawicy, którzy mając usta pełne frazesów o wartościach rodzinnych, robią to, co robią. Robią to, co Marcinkiewicz.