Zgodnie z obowiązującą ustawą nie jest żadnym lobbystą. Byłby, mówią odpowiednie przepisy, gdyby chciał wpływać na kształt nowych przepisów, a nie chce. Nie musi figurować w odpowiednim rejestrze w MSWiA, chodzić po Sejmie z czerwoną przepustką przypiętą do klapy marynarki, żaden urzędnik nie musi tłumaczyć się ze spotkań, na które się z Marcinkiewiczem umówił.

Po prostu doradza

Jednoosobowa firma, jaką założył - Doradztwo gospodarcze i finansowe Kazimierz Marcinkiewicz – rezyduje na dziesiątym piętrze naszego rodzimego City. To kwartał najnowszych i najdroższych wieżowców, jakie wyrosły w ostatnich latach pięć minut od Dworca Centralnego.

Jego biuro sąsiaduje z finansjerą z najwyższej światowej półki. Kilka pokoi dalej rozsiadł się wielki finansowy holding JP Morgan, w którego londyńskiej siedzibie Cezary Stypułkowski (niegdyś prezes Banku Handlowego, potem PZU) kieruje dziś bankowością inwestycyjną na cały nasz region i który jesienią zasłynął skrajnie pesymistyczną prognozą dotyczącą wzrostu naszego PKB.

Jego podstawowe, choć niejedyne źródło utrzymania, to kontrakt z bankiem inwestycyjnym Goldman Sachs. "Praca jest świetna, odnalazłem siebie" - mówił niedawno DZIENNIKOWI.

Kłopoty z patriotyzmem

Marek Jurek, niegdyś polityczny mentor Marcinkiewicza, który poznał go w latach 80. poprzez duszpasterstwo akademickie i któremu Marcinkiewicz zawdzięcza karierę publiczną (za rządów Suchockiej Jurek wysunął jego kandydaturę na stanowisko wiceministra edukacji, gdzie Marcinkiewicz z ramienia narodowo-katolickiej partii bronił oświaty przed obyczajową rewolucją, chociażby w postaci edukacji seksualnej), długo nie dostrzegał u ówczesnego przyjaciela fascynacji sferą materialną. Marcinkiewicz był zwykle mocno zamknięty i zdystansowany, ale też raczej nonkonformistyczny. Ten zwrot ku biznesowi, który objawiał się nawet próbą napisania doktoratu z ekonomii, Jurek zauważył dopiero za rządów AWS, czyli dobrą dekadę temu.

Doktorat z ekonomii co prawda się nie udał, ale w tym czasie Marcinkiewicz zaszedł na sam szczyt biznesowej elity. Z pobudek patriotycznych, zdradzają znajomi, swoją działalność gospodarczą zarejestrował w kraju - ponoć bardzo chciał płacić podatki właśnie tutaj.

I zapewniał publicznie: "Dzisiaj też pracuję dla Polski, lecz pośrednio, poprzez biznes."

Pech polegał na tym, że trzy tygodnie po tych słowach, dzięki przeciekowi poufnej informacji dla inwestorów, wyszło na jaw, że Goldman Sachs agresywnie grał na spadek kursu naszej waluty, by na osłabionej złotówce zarobić krocie.

I tak były polski premier znalazł się, chcąc nie chcąc, w samym centrum najnowszej wojny światowej. Jest - oburzają się niektórzy - jak żołnierz wrogiej armii, która pustoszy nasze konta i portfele. I nawet jeśli nie maczał palców w osłabianiu złotówki, nawet jeśli tę operację moralnie potępia, to spekulacje jego banku siłą rzeczy przyniosły mu wymierne korzyści. Goldman Sachs nie wypłaca przecież w złotówkach pensji, więc słaba złotówka może oznaczać dla Marcinkiewicza chociażby jedno - grubszy portfel.

Czy półpolitykowi i półbiznesmenowi wypada zarabiać takie pieniądze?

Zbyt różowo

Trudno dziś powiedzieć, kto kogo bardziej potrzebował latem zeszłego roku: czy wielki bank inwestycyjny, prawdziwy światowy rekin o stuletniej tradycji i międzynarodowej reputacji, szukał - jak to ma w zwyczaju - dobrego nazwiska, czy były premier, mocno rozkochany w londyńskim City i strapiony, bo właśnie upływała kadencja w EBOR, rozglądał się tam za kolejną posadą. Być może i jedno, i drugie. Poza ogólną atmosferą sukcesu rozsiewaną wokół - opowiadają znajomi - szczegółowych planów swej kariery były premier nie zdradzał zbyt chętnie.

W każdym razie, gdy w Londynie przechodził przez kolejne etapy rekrutacji, w Warszawie przedstawiciele Goldman Sachs weryfikowali jego słowa z pierwszych spotkań. Musiały być bardzo obiecujące, bo szacowny bank nie wykluczał nawet otwarcia tu swego przedstawicielstwa. Wcześniej jednak postanowiono nieoficjalnymi kanałami wysondować obecną ekipę i sprawdzić, czy prawdziwe są sugestie, że w kraju planowana jest szeroka prywatyzacja włączająca Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, a nawet Polskie Koleje Państwowe.

Problem w tym, że w Warszawie nikt nie chciał potwierdzić scenariuszy Marcinkiewicza. Światowy bank szybko wycofał się z otwarcia tu własnego biura, nie było przecież żadnych interesów wymagających aż tak poważnego zaangażowania. A Marcinkiewicz stracił szansę na zatrudnienie na wysokim stanowisku, co już zapowiadał znajomym. W grę wchodził tylko kontrakt na usługi doradcze. Ostatecznie zawarty dokument zakłada - według naszych ustaleń - współpracę przynajmniej do końca tego roku.

Nikt nie miał złudzeń - kontrakt zawarto nie z powodu wiedzy byłego premiera na temat finansowej inżynierii. Goldman Sachs potrzebował Marcinkiewicza, bo już od kilku miesięcy prowadził w Polsce interesy.

Chodzi o umowę, którą podpisano w lutym 2008 r. Należąca do Skarbu Państwa Polska Grupa Energetyczna postanowiła (prąd dla pięciu milionów domów i firm, 40 procent krajowej produkcji), że Goldman Sachs przygotuje jej prywatyzację na zagranicznych rynkach.

Czy Marcinkiewicz, wciąż jeszcze pracujący wtedy w EBOR, miał wpływ na ten wybór? Czy przygotowywał sobie nową posadę, pośrednicząc w kontaktach PGE - resort skarbu - Goldman Sachs (w końcu to za jego rządów przygotowano strategię prywatyzacji sektora energetycznego)? Nie wiemy. Faktem jest, że gdy były premier latem zatrudniał się w GS, bank miał już od kilku miesięcy zawartą w Polsce umowę na doradztwo prywatyzacyjne PGE.

Gadatliwy pośrednik

Pytanie o nieformalne zaangażowanie Marcinkiewicza nie jest pozbawione podstaw. Jeden z naszych rozmówców ze świata finansów opowiedział nam historię, z której wynika, że dobre kontakty byłego premiera z obecną ekipą rządową od dłuższego czasu traktowano w Londynie jako poważny atut. Marcinkiewicza już wcześniej angażowano do zajęć, które wykraczały poza konwencjonalny zakres jego obowiązków w EBOR.

Oto zaraz po tym, jak PO doszła w Polsce do władzy, jeden z wielkich światowych banków inwestycyjnych postanowił wysondować szanse na realizację w Polsce pewnego projektu. Poproszono Marcinkiewicza, by nieformalnie zorientował się, czy inwestycja spotka się z przychylnością nowego premiera.

Nie wiemy, czy Marcinkiewicz dotarł w tym celu do Donalda Tuska, ale wiemy, że ta misja nie była specjalnie udana. Niedługo po tym, jak wyjawiono mu szczegóły tego projektu, do banku zgłosiła się niezależna firma doradcza z doskonale przygotowaną ofertą, gotowa pośredniczyć w złożeniu całego projektu. W banku zapanowała spora konsternacja, bo plany inwestycyjne objęte była całkowitą tajemnicą. Kto sypnął? Podejrzenia z miejsca padły na byłego premiera. "Wygadał się, bo nie jest w stanie żyć kuluarowym życiem, on musi błyszczeć" - komentowano wtedy tę wpadkę.

Z tej historii wypływał oczywisty wniosek - Marcinkiewicz musiał się jeszcze wiele nauczyć. Ale równie oczywiste było też to, że mimo wielu wad ma on jeden niekwestionowany atut.

Klamkarz z najwyższej półki

Na takich jak on w slangu finansistów mówi się "door-opener", bardziej swojsko - "klamkarz". Człowiek, który otwiera każde drzwi. Były premier, który mechanizmy funkcjonowania gospodarki zna od podszewki. Zna albo może znać sposoby chronienia narodowej waluty. Orientuje się w szczegółach strategii prywatyzacyjnej, zwłaszcza jeśli sam ją współtworzył. Jest w stanie scharakteryzować najważniejsze osoby w państwie na podstawie własnych doświadczeń i przeżyć. Może przewidzieć potencjalną reakcję na dany proces lub jej brak, co może mieć kapitalne znaczenie z punktu widzenia specjalnych bankowych struktur, które przygotowują grunt pod planowane operacje. Poza tym ma wiadomości z pierwszej ręki. I notes z telefonami, które umożliwiają każde spotkanie.

Słowem - zaufany pośrednik od kontaktów między bankiem a władzą zatrudniony do spraw niekonwencjonalnych, bo od konwencjonalnych są całe masy fachowców. "No i działa wyłącznie tam, gdzie w grę wchodzą publiczne pieniądze, bo przecież on żadnych aktywów nie ma" - zauważa jeden z warszawskich lobbystów.

Normalnie, zapewniają nasi rozmówcy, przedstawiciel nawet największych banków inwestycyjnych nie ma większych szans na spotkanie z premierem czy ministrem. Z wielu powodów - nikt z najwyższych władz nie ma czasu na takie spotkania ani szczegółowej wiedzy, na której często rozmówcy zależy. Regułą jest, wspomina były minister skarbu Wiesław Kaczmarek, że spotkania z doradcami prywatyzacyjnymi odbywane są na poziomie dyrektora departamentu.

Możliwości byłego premiera są większe, premierowi się nie odmawia. Poza tym jego wiedzy nie trzeba weryfikować, bo w tym świecie raczej się nie zakłada, że byłego premiera ktoś może wprowadzić w błąd.

Widzenia u premiera

"Szykuję, przygotowuję, wymyślam. (...) Następnie otwieram drzwi, żeby mogło się odbyć spotkanie z właścicielami, z ministrami" - opowiadał Marcinkiewicz kilka tygodni temu.

W Ministerstwie Skarbu na naszą prośbę ustalono, że od lipca ubiegłego roku, a więc odkąd były premier prowadzi działalność doradczą, zdołał on trzy razy otworzyć drzwi do gabinetu ministra Aleksandra Grada i raz do wiceminister odpowiedzialnej za prywatyzację Joanny Schmid. Za każdym razem, informuje rzecznik resortu, rozmowy dotyczyły Polskiej Grupy Energetycznej i jej giełdowego debiutu.

Ale wiadomo też, że aktywność byłego premiera musiała sięgać też dużo wyższych poziomów. Jeden z naszych rozmówców zetknął się z nazwiskiem Marcinkiewicza, gdy rozważano projekt współpracy Polski z Ukrainą w dziedzinie energetyki. Zastanawiano się wtedy nad budową mostu energetycznego między oboma krajami - ukraiński prąd miałby zaspokoić polskie zapotrzebowanie, kłopot polegał tylko na zagwarantowaniu jakości zgodnej z europejskimi normami. - Z punktu widzenia Goldman Sachs wiedza na temat możliwości realizacji takiego projektu z udziałem PGE mogła być wyłącznie korzystna - ocenia Jacek Łęski, doradca medialny pracujący na obu rynkach.

Takie przedsięwzięcie wymagałoby zgody władz obu krajów, bo w obu przypadkach energetyka znajduje się w państwowych rękach. Czy Marcinkiewicz otwierał w tym celu również drzwi naszego premiera?

To wydaje się niemal pewne. Rzecznika rządu spytaliśmy, ile razy od lipca 2008 r. Tusk widział się z Marcinkiewiczem i jaki charakter miały te spotkania. Na podliczenie tych odwiedzin Paweł Graś zarezerwował aż dwa tygodnie. I trudno się dziwić - jak stwierdzić, ile wspólnych rozmów byłego i obecnego premiera dotyczyć mogło kwestii gospodarczych, a ile politycznych? Jeszcze kilka tygodni temu PO rozważała przecież wystawienie Marcinkiewicza ze swych list do europarlamentu, a bliska współpraca obu polityków trwa od czasów ostatniej kampanii. Marcinkiewicz jako wyjątkowo popularny wówczas polityk otwarcie wsparł Platformę i gorąco zachęcał do głosowania na listy tej partii.

Odczepcie się

"Są to inne stresy, inni ludzie" - opowiadał Marcinkiewicz pod koniec stycznia o swoich nowych zajęciach.

Ale to nie do końca prawda. Jego debiutowi w świecie finansjery towarzyszyło zaangażowanie na rodzimym rynku telekomunikacyjnym. We wrześniu ubiegłego roku Marcinkiewicz wszedł (z ramienia szwedzkiego funduszu inwestycyjnego EQT powiązanego według niektórych mediów z Goldman Sachs) do rady nadzorczej Netii. To nie zapewniało dużych pieniędzy (maksymalna pensja - 10 tys. zł, kadencja pięcioletnia), a mimo to obserwatorzy przyjęli to z pełnym zrozumieniem. - Na pewno jest laikiem w kwestii inżynierii finansowej, ale środowisko telekomunikacyjne zna od podszewki - przypomina jeden ze współpracowników.

Starszy brat Marcinkiewicza Mirosław za rządów AWS był dyrektorem generalnym w resorcie łączności, a na czele Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który zawiaduje tym rynkiem, wciąż stoi protegowana Marcinkiewicza Anna Streżyńska. Jej trwająca już kilka lat walka z monopolem Telekomunikacji Polskiej zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie prywatnych operatorów, co Netii może się tylko podobać.

Czy głośne wydarzenia z prywatnego życia byłego premiera wpłyną na jego zawodową pozycję? Nie da się ukryć, że wszystko to kosztuje go sporo nerwów. Nie dość, że w kraju poważni publicyści rapują w radiu wiersze jego życiowej partnerki, to goszczący w Londynie minister skarbu zrezygnował z wizyty w Goldman Sachs. Wygląda na to, że Marcinkiewicz zwykle przychylny publicznym występom ma już wszystkiego dosyć. Poproszony o rozmowę na temat biznesowych zajęć były premier nadesłał SMS-a takiej treści: "Pani Redaktor. Odczepcie się. Już chce mi się...".