Trudno raczej uwierzyć, aby gabinet Donalda Tuska miał dziś zdolność znaczącego przycięcia państwowej biurokracji. Choć odkurzona właśnie po paru latach idea nie jest nowa – była jednym ze sztandarów PO w jej heroicznych czasach przed 2005 rokiem. Obcięcie 10 tysięcy administracyjnych etatów miało wtedy być nawet platformianą alternatywą dla „nieludzkich” cięć socjalnych, proponowanych w zapomnianym już dzisiaj planie Hausnera. „Liberalny populizm” – tak nazwano wtedy ten sposób myślenia o państwie. Liberalny – bo organicznie niechętny potężnemu europejskiemu trendowi, który mocnego, ale zwinnego Lewiatana przekształcił u końca XX wieku w monstrualnie otyłego i niemrawego Molocha. A populizm – bo przedstawiający rzecz powszechnie uważaną za straszliwie skomplikowaną jako cel w gruncie rzeczy łatwy, a wymagający tylko politycznej cnoty: odwagi i woli.

Stworzony przez Tuska system osobistej władzy mógłby sprzyjać owemu liberalnemu populizmowi. Mógłby! Chudsze państwo, sprawny sąd, płaski podatek i restrykcyjna etycznie polityka wcale niekoniecznie musiały stać się znowu baśnią z 1001 nocy. Pod dwoma warunkami. Po pierwsze – gdyby Tusk tego naprawdę chciał. I po drugie – gdyby poza jednym Bonim (który w tym rządzie chyba ma już robić wszystko, co albo wymaga choćby jednej myśli, albo jest choć trochę ryzykowne), od początku stworzył ekipę z wiedzą o państwie i ambitnymi celami. Wiemy dobrze, że stało się odwrotnie. Czasem można tylko zaobserwować, że w głowie premiera kołacze się jeszcze jakaś tęsknota za lepszą polityką. Wtedy właśnie zwykł on cezarystycznie obwieszczać swoje dalekosiężne cele, które wkrótce giną w administracyjnym chaosie i rządowej inercji. Być może pod wpływem licznych tego typu doświadczeń (euro, PZPN, pedofile, okręgi jednomandatowe, całkiem ostatnio prywatyzacja itd., itd.) obecny powrót do antybiurokratycznego planu obwieszczany jest bez osobistego udziału Tuska i owego charakterystycznego, a już dziś mało wiarygodnego „przytupu”. Wodują go natomiast anonimowi doradcy opowiadający o decyzjach podjętych na spotkaniu Tuska z jego „najbliższymi współpracownikami”.

Według sejmowego raportu Kazimierza Polarczyka biurokracja w niepodległej Polsce przyrasta w tempie 5,6 proc. rocznie. Z grubsza licząc – jej liczebność podwaja się więc co dekadę. W zestawieniu z Europą Zachodnią są to ciągle liczby bezwzględnie małe, ale są już takie biurokratyczne sektory, w których zaczynamy w Unii przodować (np. administracja skarbowa). Proces ten ma naturę politycznego perpetuum mobile: przyspiesza przez nikogo nie popychany. Na konkurencyjność kraju wpływa tak samo, jak gwałtowny względny przyrost liczby emerytów. Zaś jak wpływa na nasze życie, wie każdy, kto pamięta Polskę sprzed dwudziestu lat: kraj, w którym można było żyć, mieszkać i zarabiać pieniądze bez nieustannej urzędniczej presji.

Okresowe hamowanie tej oszalałej maszyny jest ewidentnym postulatem zdrowego rozsądku, ale wymaga niestety dużego wysiłku politycznej woli. I dokładnie na tym polega wartość i wyższość pogardliwie traktowanego przez różnej maści intelektualistów i minimalistów „liberalnego populizmu”. Zapewne jednak wkrótce okaże się w wyniku zleconych Boniemu „studiów nad racjonalizacją zatrudnienia”, że wbrew nieprofesjonalnym nadziejom pieniędzy w budżecie na rok 2010 od owych zwolnień nie przybędzie. Pewnie też – podobnie jak przy planie prywatyzacji – z Rakowieckiej odezwie się pomruk Grzegorza Schetyny, iż na Dolnym Śląsku żadnych redukcji nie będzie. Entuzjazm roztropnego rzecznika PiS Mariusza Błaszczaka okaże się kompletnym nieporozumieniem, a w zamian odezwie się z Pałacu Prezydenckiego pewien mocno lewicowy profesor prawa pracy.

Wicepremier Pawlak cały zamiar określi jako „kolejny antypaństwowy manewr Tuska”, którego na pewno nie będzie w Ministerstwie Gospodarki. A być może w nadzwyczajnym przypływie odwagi nawet platformowi ministrowie ze łzami w oczach przyjdą prosić premiera o ratowanie ich resortów. I wtedy premier Tusk po raz kolejny pomyśli pewnie sobie: „I na co mi znowu – u licha! – była ta moja odwaga?”.