Nie chcę oceniać intencji, jakimi kierował się Lech Kaczyński, wyciągając rękę do zwaśnionego z nim Lecha Wałęsy i deklarując, że chce wspólnie z nim świętować 30. rocznicę powstania „Solidarności”. Może są one szlachetne, ale z zewnątrz wygląda na to, że powoli rusza kampania wyborcza przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi, a Lech Kaczyński po prostu zdaje sobie sprawę z tego, że jego sposób bycia i zachowania się wobec polityków czy osób, których nie darzy sympatią, drażni Polaków. Oni lubią bardziej ugodowy, porozumiewawczy styl bycia i dla nich pewnym wzorem relacji między politykami było zachowanie Aleksandra Kwaśniewskiego. Tymczasem obecny prezydent zazwyczaj mówi, co myśli, na co skarżą się także jego współpracownicy, a więc nie potrafi być miły wobec tych, których nie lubi. Dlatego, pomijając ocenę intencji Lecha Kaczyńskiego, wydaje się, że jest to próba zmiany jego wizerunku, co oceniam zresztą jako krok w dobrym kierunku.

Reakcja Lecha Wałęsy na ten gest obecnego prezydenta jest dla niego typowa i nie spodziewałam się niczego innego z jego strony. Jest niestety niesympatyczna i nieprzyjemna. Choć następnym razem były prezydent się zreflektuje i może zareagować już zupełnie inaczej.

Mimo tego incydentu patrzę jednak na to wszystko z ulgą. Choćby dlatego, że jeśli doszłoby do jakiegoś ocieplenia w relacjach między politykami, być może nie bylibyśmy w przyszłości gorszeni sporami, które w ostatnich latach spadły poniżej poziomu przyzwoitości. Przecież zarówno Lech Kaczyński, jak i Lech Wałęsa są w polskim życiu publicznym osobami dużego kalibru. Prezydent jest bardzo znaczącym politykiem w kraju, a Wałęsa postacią historyczną. Obaj więc powinni być dziś wizytówkami Polski, a z powodu ich zachowania i wypowiedzi nie powinniśmy mieć powodów do rumienienia się. Do tej pory tak jednak nie było, dlatego mam nadzieję, że czas kampanii prezydenckiej i refleksja wynikająca z czystych rachub politycznych zmienią coś na lepsze, jeśli chodzi o relacje między tymi panami.

Niestety z drugiej strony nie wierzę, by ten konflikt o zbiorową pamięć Polaków, którego jesteśmy świadkami, a którego stawką jest to, kto miał większe zasługi i jaką rolę odegrał w rozmontowywaniu PRL i przeprowadzaniu transformacji, kiedykolwiek ustał. Dopóki będą żyli bohaterowie „Solidarności” i przemian politycznych, dopóty wspomniana wojna o pamięć rodaków oraz o to, kto i jak zostanie zapisany na kartach historii, będzie wciąż wybuchała na nowo. Ten spór jest ambicjonalny i wiąże się z karierami politycznymi poszczególnych bohaterów tamtych czasów. Dlatego trudno sobie wyobrazić, by za dziesięć lat Lech Kaczyński i Lech Wałęsa spotkali się na imieninach, tak jak miało to miejsce w przypadku Aleksandra Kwaśniewskiego.

Dzisiaj konieczne jest zwykłe zachowanie pozorów oraz kulturalne zachowywanie się wobec siebie. Nie chodzi przecież o mówienie wprost tego, co myślimy o drugiej osobie w danym momencie, ale manifestowanie kulturalnych form zachowania, ponieważ tak po prostu wypada. Lechowi Kaczyńskiemu wypada więc żyć w dobrych relacjach z Lechem Wałęsą. I odwrotnie: Wałęsie z Kaczyńskim.