ARTUR CIECHANOWICZ: Europa obchodziła wczoraj Dzień Pamięci Ofiar Reżimów Totalitarnych. Dla Polaków oczywiste jest, że tego dnia powinno się czcić pamięć zarówno ofiar nazizmu, jak i komunizmu. Nie ma na to jednak zgody niektórych krajów europejskich ani tym bardziej Rosji. Czy uważa pan, że różnice między komunizmem i nazizmem są tak duże, że nie da się między nimi postawić znaku równości?
ALAIN TOURAIN*: W tym przypadku nie chodzi o szukanie różnic, bo jeśli spojrzymy na warstwę ideologiczną, to rzecz jasna, komunizm i nazizm są prądami całkowicie przeciwstawnymi. O tym, czy ustrój jest demokratyczny, czy totalitarny, nie decydują jednak jego podstawy filozoficzne, tylko codzienna praktyka. Zarówno komunizm, jak i nazizm dążyły do jak najdalej idącego podporządkowania jednostki państwu, powszechnej mobilizacji wobec zewnętrznego wroga i jego likwidacji, przyznawały liderowi nieograniczone kompetencje, jeśli chodzi o kontrolowanie czy ograniczanie wolności obywateli. Wreszcie oba reżimy dawały sobie prawo do traktowania całych grup ludzi jak zwierzęta i w zalążku niszczyły każdy objaw niezależnego działania. Dlatego bez żadnej wątpliwości mogę powiedzieć: komunizm i nazizm są takim samym złem.

Pana pogląd nie jest jednak specjalnie popularny we Francji. Nad Loarą komunizm zawsze miał lepszą prasę niż nazizm i po dziś dzień raczej nie zrównuje się tych dwóch systemów. Dlaczego?
Zaraz po wojnie komunizm cieszył się ogromną liczbą sympatyków, ponieważ francuski ruch oporu składał się prawie wyłącznie z komunistów. Podziwiano ich za to, że jako nieliczni bezkompromisowo walczyli z Niemcami, nie wchodząc w żadne układy. Sympatia dla miejscowych komunistów rozciągała się również poza granice. Stalin był dobry, bo był całkowitym przeciwieństwem Hitlera i stał na czele państwa, które bądź co bądź zdobyło się na największy wysiłek, żeby pokonać nazistowskie Niemcy. Oprócz tego we Francji, w której ruch robotniczy ma długie tradycje, doszło do rozczarowania kapitalizmem i zaczęto niejako wierzyć w komunizm tak, jak się wierzy w Boga, że jest to idea, za pomocą której można dokonać głębokiego przekształcenia społeczeństwa. A jedyną drogą do tego szczytnego celu jest przemoc.

To nie wyjaśnia jednak, dlaczego komunizm nadal pozostaje we Francji ideologią, o której nie mówi się tak jednoznacznie jak o nazizmie. Zaraz po wojnie można to jeszcze było tłumaczyć zaślepieniem i blokadą informacyjną na temat tego, co się dzieje w ZSRR. Dzisiaj już nie.
To prawda. Moim zdaniem komunizm został ostatecznie skompromitowany w 1956 roku przez wydarzenia w Budapeszcie i referat Chruszczowa piętnujący zbrodnie stalinizmu. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach po tych wydarzeniach mógł nadal popierać i być sympatykiem komunizmu. Nie znaczy to jednak, że radykalne lewicowe ideologie nagle we Francji wymarły. Francuzi wykonali widowiskowe mentalne salto i nagle zaczęli się nazywać trockistami i maoistami. Byle tylko nie używać określenia „komunista”. Ci trockiści mają do dziś ogromne wpływy we Francji. Były premier Lionel Jospin należał przecież do jednego z ugrupowań trockistowskich. A w najbardziej znanym na świecie dzienniku francuskim „Le Monde” pierwsze skrzypce gra grupa dziennikarzy, których idolem jest Lew Trocki. To tłumaczy, dlaczego we Francji komunizm nie jest uznawany za ideologię równie zbrodnicza jak nazizm. Duża część elit jest po prostu wciąż pod jego wpływem.

A dlaczego w kraju takim jak Rosja, który przecież wycierpiał najwięcej przez tę ideologię nie uznaje się komunizmu za reżim zbrodniczy?
Koniec komunizmu kojarzy się Rosjanom z przegraną zimną wojną, utratą znacznej części terytorium i kompletną ruiną. W Rosji komunizmu nie traktuje się jako ideologii, tylko jako pewną epokę, w której ich kraj był potęgą.

*Alain Tourain – francuski socjolog, dyrektor badań w Wyższej Szkole Studiów Społecznych w Paryżu, który od lat bada ruchy społeczne, m.in. w latach 80. opisywał w Polsce „Solidarność”