Grzegorz Napieralski nie naśladuje już Zapatero. Teraz jego mentorem został Che Guevara. Choć odsłonięcie klaty Wojciecha Olejniczaka na okładce pewnego tygodnika nie przysporzyło mu elektoratu, to zdjęcia w kolorowym piśmie Grzegorza Napieralskiego na motocyklu miały symbolizować początek samodzielnych rządów przewodniczącego. Bo to on został beneficjentem upadku Olejniczaka.

Po politycznej śmierci Wojciecha Olejniczka Napieralski umocnił swoją pozycję w partii. 7 czerwca 2009 roku w dniu wyborów do europarlamentu skończyła się na polskiej lewicy dwuwładza. Wraz z wyjazdem Olejniczaka do Brukseli przewodniczący na długi czas wyeliminował wewnętrzną opozycję w SLD, którą podsycał jego konkurent.

„Grzegorz Napieralski nie jest charyzmatyczny!”, „Nie mamy ani wizji, ani programu”. „Napieralski prowadzi partię do porażki. SLD spada na dno”, „Będzie Zapateralskim, Łukaszeralskim, Blairalskim, Putineralskim. Takie wash & go” – choć to może zaskakiwać, powyższe cytaty pochodzą od polityków SLD. Padały z ust Ryszarda Kalisza, Andrzeja Szejny, ostatni zaś jest autorstwa Joanny Senyszyn. Takich wypowiedzi nie należy się już spodziewać, bo dziś przy warszawskiej ulicy Rozbrat (w siedzibie Sojuszu) nie ma już czerwonych buldogów walczących pod dywanem. Grzegorz Napieralski, zaraz po tym jak Olejniczak wyjechał z kraju, za jednym zamachem wyciął wszystkich zwolenników konkurenta.

Moment, w którym Olejniczak dostał się do europarlamentu. Grzegorz Napieralski: – Wojtek, zaangażowałem się w twoją kampanię wyborczą. Dałem ci na nią kasę, żebyś mógł jeździć i promować się po kraju. Chciałeś konferencje – miałeś. Chciałeś, żebym na czas kampanii wycofał się z mediów, zrobiłem to. Proszę, za to rekomenduj mnie na klubie. Wesprzyj mnie, Wojtek, bo to będzie najlepszy sygnał dla tej partii.

Jednak Wojciech Olejniczak najwyraźniej zignorował prośbę partyjnego kolegi, bo na drugi dzień w mediach ogłosił, iż jego zdaniem Grzegorz Napieralski nie powinien być szefem klubu. Mówił: – Nie będę go rekomendował, bo to jest zły pomysł. Będę namawiał kogoś innego, żeby wystartował.

W odwecie Napieralski uznał, że złym pomysłem jest, by Wojciech Olejniczak został szefem socjalistycznej frakcji w europarlamencie i zablokował jego kandydaturę. Jego miejsce zajął Bogusław Liberadzki. – Olejniczak nie został szefem frakcji w PE. Napieralski do tego doprowadził – twierdzi bliski współpracownik przewodniczącego.

Sam Napieralski jednak temu zaprzecza: – To była decyzja grupy z naszym, zarządu krajowego, poparciem. Ja bardzo popieram tę kandydaturę.

Tłumaczył, że o wyborze Liberadzkiego zadecydowało jego doświadczenie w PE, a wcześniej rządowe.

I choć wygrał z najważniejszym przeciwnikiem, nie była to jedyna walka, jaką stoczył. Zostali jeszcze sprzymierzeńcy Olejniczaka, a i z tymi poszło stosunkowo łatwo. Napieralski zrobił porządek w partii, poczynając od Jerzego Szmajdzińskiego, na Andrzeju Szejnie, Joannie Senyszyn i Ryszardzie Kaliszu kończąc. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy pozbył się wewnętrznej opozycji w partii. Najbardziej na partyjnych rozgrywkach ucierpiał najbliższy kolega Olejniczaka Andrzej Szejna. Ten w mediach zarzucił Grzegorzowi Napieralskiemu, że mocno wsparł finansowo Senyszyn w kampanii. Miał jej udzielić pożyczki na kilkaset tysięcy złotych z partyjnych pieniędzy. A wszystko po to, by to Senyszyn pojechała do Brukseli. Sprawa niejasnej pożyczki miała stać się jednym z tematów rady krajowej SLD. Zamiast tego partyjni koledzy zajęli się sprawą niesubordynacji posła SLD. Uznali, że Szejna na łamach prasy popełnił bardzo zły wywiad, bo po pierwsze nazwał SLD sektą, a po drugie zarzucił nadużycia finansowe w kampanii wyborczej 2009 roku. Co gorsza dla lewicy, powiedział to w mediach. Zemsta Napieralskiego była na tyle dotkliwa, że Andrzej Szejna został ukarany czteroletnim zakazem pełnienia funkcji partyjnych.

Młody poseł lewicy nie był jedynym, który w ostatnim czasie mocno krytykował przewodniczącego w mediach. Do loży szyderców dołączył też Ryszard Kalisz, kiedy to ogłosił, że Grzegorzowi Napieralskiemu brakuje tendencji przywódczych. Była to jednak chyba ostatnia jego krytyczna wypowiedź, bo zaraz po niej przed dłuższy czas nie pojawiał się w mediach. Widocznie do szeregu sprowadził go przewodniczący. – Jemu dostało się nie tylko za nieprzemyślane wypowiedzi, ale za całokształt partyjnej działalności. Ryszard Kalisz próbuje być trochę takim Janem Rokitą. Tyle że na lewicy. – twierdzi polityk SLD. Najwyraźniej nie tylko przewodniczącemu nie podoba się zachowanie posła lewicy, bo i partyjni koledzy nie szczędzili Kaliszowi złośliwości.

Zarząd SLD w dzień po śmierci Michaela Jacksona. Jeden z posłów SLD, widocznie poirytowany zachowaniem Kalisza, podchodzi do niego i rzuca: – Słuchaj, właśnie zwolniło się miejsce króla popu. To może je zajmiesz?

Jeśli zaś chodzi o Joannę Senyszyn, to Napieralski nie miał problemu z przeciągnięciem jej na swoją stronę. Ta bez mrugnięcia okiem porzuciła Olejniczka dla nowego mentora. Polityk SLD: – Wystarczyło tylko dać jej pieniądze na kampanię i dobre miejsce na liście w korzystnym okręgu.

Grzegorz Napieralski:– Bardzo dobrze mi się współpracuje z Joanną Senyszyn. Zresztą zawsze mi się z nią dobrze współpracowało. Oprócz tego krótkiego epizodu przed wyborami na przewodniczącego i zaraz po nich.

Po chwili dodaje: – Joanna Senyszyn przyszła do mnie jakiś czas przed wyborami z pytaniem, czy mogłaby wystartować z Małopolski. Podeszła do mnie z dozą nieufności, bo uważała, że jej nie pozwolę. Albo co gorsza umieszczę ją na liście w takim okręgu, z którego na pewno się nie dostanie. Rozmowa była krótka, a Senyszyn wyszła bardzo zdziwiona, bo spytała, czy może stamtąd wystartować, a ja na to odpowiedziałem: proszę bardzo.

Senyszyn nie mogła zrozumieć, dlaczego Napieralski nie chowa do niej urazy. Później na radzie krajowej symbolicznie go poparła. – Do tej pory byłam w sporze z przewodniczącym, ale teraz mu dziękuję za wybory – stwierdziła.

Ja tego człowieka nie rozumiem – tak o Jerzym Szmajdzińskim wypowiada się większość działaczy SLD. I choć oficjalnie nikt z lewicy nie krytykuje byłego ministra obrony, to w kuluarach posłowie drwią ze swojego partyjnego kolegi.

Polityk SLD: – Mam swoją teorię, która tłumaczy obecne zachowanie Jerzego Szmajdzińskiego. W latach 90. była taka wąska grupa liderów lewicy. Należeli do niej Janik, Kwaśniewski, Miller, Oleksy, Borowski i oczywiście Jerzy Szmajdziński. Z pośród nich tylko jeden Szmajdziński nie zajął ważnego stanowiska. Gdy panowie byli marszałkami, premierami, prezydentami, ważnymi postaciami w partii, sekretarzami generalnymi, on był tylko ministrem i teraz chce chociaż na chwilę gdzieś zaistnieć.

I może właśnie stąd jego uległość wobec Platformy Obywatelskiej. Jak twierdzą nasi rozmówcy z lewicy, na przełomie kwietnia i maja Jerzy Szmajdziński dogadał się w sprawie ustawy medialnej z Grzegorzem Schetyną. – Względy merytoryczne były tu drugoplanowe. O wiele bardziej istotny dla polityka lewicy był podział kadrowy. Szefem dwójki miał wtedy zostać człowiek Szmajdzińskiego. Na nieszczęście posła o wszystkim dowiedział się Grzegorz Napieralski i właśnie wtedy postanowił, że nie będzie już żadnych paktów medialnych z PO – dorzuca nasz rozmówca.

Najprawdopodobniej wtedy też przewodniczący podjął decyzję, że odsuwa Szmajdzińskiego od pertraktacji w sprawie telewizji publicznej. Polityk SLD: – Napieralski postanowił sam się tym zająć. A zamiast Grzegorza Schetyny do rozmów w sprawie mediów zaprosił Przemysława Gosiewskiego. Do ostatecznych uzgodnień doszło właśnie między nimi.

I choć Napieralski starał się izolować Jerzego Szmajdzińskiego, to ten mimo wszystko nadal pertraktował z PO. Tylko że teraz nie chodziło już o ustawę medialną, ale o wiele szerszy kontekst. Polityk SLD: – Był taki okres przed eurowyborami, kiedy nastąpiło na chwilę zachwianie w koalicji PO – PSL. Choć brzmi to jak political fiction, to właśnie wtedy Jerzy Szmajdziński dogadał się z Grzegorzem Schetyną co do przyszłej koalicji Platformy z SLD. Jeden z członków Sojuszu wszedłby do rządu. Byłby to najprawdopodobniej Jerzy Szmajdziński. Platforma wtedy łyknęłaby nas tak, jak PiS łyknęło Samoobronę i część Ligi Polskich Rodzin.

Do żadnej koalicji z Platformą nie doszło, a w partii Jerzy Szmajdziński stał się obiektem kpin kolegów.

Obiektem kpin nie stał się natomiast Grzegorz Napieralski, gdy zgodził się na sesję zdjęciową dla tygodnika i dał się wymazać smarem. Do tego udawał, że zna się na motocyklach, choć prywatnie jeździ rowerem. Napieralski: – Na okładce „Wprost” miałem być Che Guevarą lewicy tu w Polsce, żeby już nie wracać do tego Zapatero. Chciałem, żeby Grzegorz Napieralski nie był postrzegany jako ten cyborg polityk, który wychodzi i walczy. Raczej chciałbym być postrzegany jako facet, który ma jakieś marzenia, ulubione rzeczy, jakąś historię inną niż polityczną, grupę przyjaciół, znajomych. Ten wywiad niepolityczny naprawdę pomógł, starłem się nie robić z siebie playboya. Gdybym był sexy boyem, poszedłby na siłownię, a nie do polityki – dorzuca.

Nie tylko w ten sposób przewodniczący starał się ocieplić swój wizerunek. Kiedy „Fakt” dowiedział się, że przenosi się do Warszawy, państwo Napieralscy zaprosili do siebie fotoreporterów tej gazety.

– Musimy postępować według taktyki. Jeśli coś się zgadza z naszym postulatem, to musimy zagrać z Platformą i PSL. Jeżeli natomiast mamy w tym interes, by poprzeć weto prezydenta, to tak zrobimy – mawia w kuluarowych rozmowach Grzegorz Napieralski. I choć zdaje się, że przewodniczący skrupulatnie przemyślał taktykę, według której zamierza działać, to jednak nie przemyślał tego, do czego może go ona doprowadzić. Bowiem Napieralski nie ma planów prezydenckich czy nawet ministerialnych. – Widziałem kilka osób, które w bardzo młodym wieku wskoczyły na szczyt samej góry, i widziałem potem, co się z nimi stało, gdy z tego szczytu musiały odejść. A najlepszym tego przykładem jest Wojciech Olejniczak. No bo taka jest kolej rzeczy. Ministrem się nie jest 20 lat, premierem się nie jest 20 lat, i to różnie później wygląda. Nie chcę mieć 40 lat i być byłym premierem – mówi Napieralski.

W tych wyborach prezydenckich przewodniczący SLD nie weźmie udziału jako kandydat. Zamiast tego zajmie się wspieraniem kandydata. Wśród czarnych koni, które mogą stanąć do wyścigu o prezydenturę, pojawiają się dwa mało prawdopodobne nazwiska: Włodzimierza Cimoszewicza i Jolanty Kwaśniewskiej. Choć ta druga ma chyba większe szanse, bowiem Grzegorz Napieralski co jakiś czas spotyka się z jej mężem. – Raz w miesiącu spotykam się z Aleksandrem Kwaśniewskim, rozmawiamy o różnych rzeczach. O prezydenturze też – mówi przewodniczący SLD.

Z zewnątrz czasem lepiej widać podwórko niż od środka. Zatem może znamienne są słowa eurodeputowanego Ryszarda Czarneckiego, który twierdzi, że Grzegorzowi Napieralskiemu nie uda się odbudować lewicy, a walkę o przywództwo w SLD tak naprawdę przegrał. Wojciech Olejniczak bowiem przez lata w Parlamencie Europejskim zdobędzie doświadczenie i kontakty z dyplomatami. Do Polski wróci wzmocniony i będzie mógł zawalczyć o najwyższe stanowiska w kraju.

Ryszard Czarnecki (PiS): – Wojciech Olejniczak postępuje w myśl taktyki Lenina. Zrobił krok do tyłu, aby zrobić dwa kroki do przodu w przyszłości. I to właśnie Olejniczak będzie beneficjentem upadku Napieralskiego.