Dziennik.plOpinie

Sobota, 26 maja 2012

Imieniny: Filipa, Pauliny, Eweliny

"Mazowiecki - premier zwykłych Polaków"

2009-09-12 | Ostatnia aktualizacja: 20:05 | Komentarze: 0 | skomentuj
Piotr Zaremba: Mazowiecki - premier zwykłych Polaków

Piotr Zaremba: Mazowiecki - premier zwykłych Polaków Fot. Wojciech Grzedzinski / Inne

To był początek roku 1989, w auli Auditorium Maximum odbywało się spotkanie rozgorączkowanych polityką antyrządowych studentów z ludźmi "Solidarności". W tym tłumie byłem ja, podniecony jak wszyscy, choć równocześnie zawsze szukający dziury w całym - wspomina Piotr Zaremba.

Pogoda

POLSKA

Sobota 2012-05-26

temp. min 3°C max. 23°C
opady: brak

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Spotkanie zdominował Tadeusz Mazowiecki, wcześniej uważany przeze mnie za szlachetnego człowieka o cierpiętniczym wyrazie twarzy, który trwając przy "Solidarności", utrudniał dezercję chwiejnej inteligencji. Ale nie był mi znany jako wybitny mówca czy tym bardziej polityczny strateg. Gdy wysłuchałem jego przytomnych, trafnych analiz ówczesnej sytuacji, natychmiast powiedziałem - sobie, a potem kolegom - to powinien być w przyszłości polski premier. Dziś to uwaga całkiem naturalna, wtedy zupełnie księżycowa. A cała sytuacja bardzo literacka, a jednak prawdziwa.

Nie pamiętam zupełnie słów Mazowieckiego, które wtedy padły, pamiętam tylko wrażenie. Jego droga do premierostwa była potem niebywale skomplikowana. Musiał wyjść z cienia, w jaki sam się wpędził, kontestując po Okrągłym Stole system wyłaniania solidarnościowej reprezentacji, pokonać konkurencję wśród czołowych polityków swego obozu i dokonać tego, na dokładkę będąc nieprzekonanym do koncepcji brania władzy przez ludzi swojego obozu. Ja jednak, obserwując tę jego drogę latem 1989 roku, byłem święcie przekonany, że jego rządy to spełnienie mojego proroctwa.

Potem przeżywałem to co większość Polaków: duma z sejmowego expose Mazowieckiego, przestrach, że pan premier poczuł się źle w czasie jego wygłaszania. Jeszcze później zaskoczenie, jakie przeżyłem wraz z moimi rodzicami, że podczas mszy 11 listopada 1989 roku, jest w warszawskiej katedrze odcięty od ludzi BOR-owcami, a tłum nie będzie w związku z tym wpuszczany do wszystkich miejsc w kościele. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie jest już nasz, że stał się człowiekiem władzy. I że trzeba się będzie borykać z problemem czegoś takiego jak "nasza władza". Nasza, czyli milionów sympatyków "Solidarności", którzy po 4 czerwca mieli swoje święto. Krótkie, trochę ukradkowe, nie takie, jak by chcieli. Ale mieli.

Jak stać się władzą?

Kolejne moje osobiste skojarzenie z rządem Mazowieckiego to anegdota opowiadana mi przez dobrego znajomego, który wchodził w skład tej ekipy. Jest czerwiec roku 1990. Rolnicy oburzeni zaległościami w płatnościach za mleko oddawane do skupu blokują międzynarodową drogę koło Mławy. Premier rozmawia telefonicznie z szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem na temat ewentualnej akcji milicji, przedzierzgniętej w międzyczasie w policję, przeciw protestującym. W rozmowie uczestniczą siedzący obok ministrowie.

"Kuroń krzyczał: <Nacierać, nacierać!>. Zresztą wszyscy byliśmy strasznie podnieceni i wojowniczy. Mieliśmy poczucie, że musimy się wykazać twardością. To był nasz test z rządzenia, z tego, że przestaliśmy być definitywnie liderami protestu, staliśmy się władzą pełną gębą" - relacjonował mój rozmówca.

Ta sytuacja została zresztą utrwalona, choć w pewnym skrócie, przez Waldemara Kuczyńskiego w ciekawym pseudowywiadzie rzece, a tak naprawdę wspomnieniach z tamtego czasu: "Zwierzenia zausznika". Gdy Kiszczak zaczyna mnożyć komplikacje związane z odblokowaniem mławskiej drogi, Kuroń krzyczy: "Panie generale, czy pana ludzie to policja, czy przedszkolanki? Trzeba tę blokadę zlikwidować od razu". Kiszczak nie daje się wytrącić z równowagi: "Panie Jacku, to jest długa wieś i na całej długości zawalona żelastwem. Teraz jest ciemno, lepiej poczekać do świtu, żeby się coś przypadkiem komuś nie stało" - odpowiada.

Tak się też i skończyło. Okazało się, że spokój Kiszczaka był uzasadniony - rano blokada została zdjęta bez problemu. Trzeba przyznać, że scena, w której symbol obywatelskiego oporu przeciw władzy, słynący ze społecznej wrażliwości, pogania generała dawnej dyktatury, aby ten szybciej zrobił porządek, godna jest pióra dobrego literata. Nie wiem, co czuł i myślał wtedy generał Kiszczak tłumaczący, że "komuś może coś się stać". Domyślam się jednak, że przynajmniej po fakcie ta scena musiała być dla niego źródłem satysfakcji i rozbawienia.

Rozumiem ludzi dawnej "Solidarności", gdy pośród licznych zdawanych wówczas egzaminów stawali i przed takim: jak przestać być zakładnikami społecznego oburzenia, bezkrytycznymi pasami transmisyjnymi tego, czym żyją ludzie, a stać się rzeczywistą władzą? Nieulegającą każdemu żądaniu, nieklękającą przed każdym demonstrantem, umiejącą odmawiać, asertywną. Może niektórzy z nich przesadzali z demonstrowaniem swojej nowej tożsamości (cechowało to w nieco późniejszych czasach zwłaszcza Jana Rokitę, który jako szef URM w rządzie Suchockiej wręcz szukał społecznego oporu, który można by przełamywać). Jednak problem był. Na ile zna się Mazowieckiego, można przypuszczać, że dla niego, szczerze wierzącego w przymiotnik "społeczna" przed "gospodarką rynkową", było to ciężkie doświadczenie.

Podtrzymywanie Kiszczaka

Kłopot zawierał się w czym innym. Względna twardość, z jaką ten rząd bronił dość forsownego kursu na Balcerowiczowską modernizację, ba, także specyficznych stosunków społecznych opartych na chwiejnej równowadze między starym i nowym, kontrastowała z dużo większą miękkością wobec innych zagrożeń i innych barier rozwoju.

Piotr Zaremba
Źródło: dziennik.pl
123następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

«