Jeszcze w połowie roku nawet najbliżsi stronnicy Lecha Kaczyńskiego nie wierzyli w sukces. Latem na imprezie zorganizowanej przez jednego z polityków PiS panowała atmosfera przygnębienia, jakby wszyscy pogodzili się z nadchodzącą klęską. – W pałacu ciągle trwają podjazdowe wojny, Tusk ciągle ma inicjatywę, chyba niewiele możemy zdziałać – mówił jeden ze współpracowników prezydenta. W rozmowach przy winie powtarzano, że pierwsza kadencja nie była udana, a na drugą raczej nie ma szans. W powietrzu wisiała klęska urzędującego prezydenta, który przecież niemal zawsze staje do wyborów z handikapem. Przykładem jest powszechnie krytykowany za pierwszą kadencję Lech Wałęsa, który był blisko pokonania Aleksandra Kwaśniewskiego w 1995 roku. Jeszcze jesienią rozmawialiśmy z prezydenckim ministrem, który załamywał ręce. – Nie ma co ukrywać, że pałac liczył na to, iż kryzys będzie cięższy i mocniej uderzy jesienią w rząd Tuska. Druga nadzieja wiązała się z tym, że powstanie Stronnictwo Demokratyczne Pawła Piskorskiego, które będzie ciosem dla PO. Ale z tego nic na razie nie wychodzi, bo SD ma śladowe poparcie – żalił się polityk.

Czysty dom Lecha

W sylwestra w 2005 roku Lech Kaczyński wygłosił swoje pierwsze orędzie noworoczne. Było najdłuższe ze wszystkich, pełne obietnic i pompatyczne: – Dom, któremu na imię Polska, musi stać się czysty. Chcę Was, Panie i Panowie, zapewnić, że uczynię wszystko, by tak się stało. Tylko Polska sprawiedliwa, uczciwa i solidarna może się rozwijać – mówił nowy prezydent.

Była to chwila tryumfu. Po brawurowej kampanii na finiszu Kaczyński pokonał faworyzowanego w sondażach Donalda Tuska. Jego brat stał na czele partii, która wygrała wybory parlamentarne. Obaj mieli wizję wielkiej odnowy państwa – projekt nazwano budową IV Rzeczypospolitej. Polski solidarnej, wolnej od korupcji, układów, agentów. Regionalnego mocarstwa, które odgrywa ważną rolę w Unii Europejskiej.


Z planów wyszło niewiele. IV RP umarła po niespełna dwóch latach, gdy brat prezydenta przegrał kolejne wybory i oddał władzę.

Od tej pory wizja poszła do lamusa, a Lech Kaczyński zajął się codzienną walką z Donaldem Tuskiem, który odebrał fotel premiera jego bratu. Prezydenta załamał werdykt wyborczy z 2007 roku. Był zrezygnowany, bo skoro przegrywa najlepszy premier, jakim w jego odczuciu był Jarosław Kaczyński, to dalsza walka jest bezsensowna.

Kaczyński przegrywał każdą potyczkę z Tuskiem. Wydawało się, że scenariusz jest już napisany. Pasmo porażek miało ciągnąć się do 2010 roku. Ich finałem miała być klęska wyborcza, być może nawet porażka w pierwszej turze. A przy okazji pociągnięcie za sobą w otchłań całego obozu politycznego.

Jednak coś się zmieniło. Na starcie kampanii wyborczej Kaczyński ma sporo atutów, coraz lepsze notowania i nie najgorszą pozycję w wyścigu o drugą kadencję. Po kilku miesiącach cichych roszad w jego otoczeniu, pozornej bierności i kłopotów, w jakich znaleźli się konkurenci, sprawy wyglądają znacznie lepiej. Co się zmieniło?

Porządki na zapleczu

– Prezydent potrafi wpaść w szał, krzyczeć, wściekać się, ochrzanić. Potem wszystko mu przechodzi. Zapomina o awanturze, odnosi się do człowieka tak, jakby nic się nie stało, albo oświadcza: ȁE;Nie mówmy już o tymȁD; – tak opisuje pracę z Lechem Kaczyńskim jego urzędnik.

Wielu współpracowników nie wytrzymywało takiej huśtawki nastrojów. Ostatnią jej ofiarą był Piotr Kownacki, były szef kancelarii. Kownacki zrezygnował po udzieleniu Dziennikowi wywiadu, w którym krytykował styl pracy prezydenta. Na to nałożył się jeszcze jego konflikt z Małgorzatą Bochenek, ministrem i szarą eminencją w pałacu.


Oprócz Kownackiego z pałacu wyprowadził się też Michał Kamiński (do Parlamentu Europejskiego), człowiek odpowiedzialny za kontakty z mediami i PR prezydenta. Odejście dwóch ambitnych i skłóconych ze sobą ministrów dobrze zrobiło prezydentowi. Ich miejsce zajęli urzędnicy. Szefem kancelarii został Władysław Stasiak, a ministrem, który wypowiada się w mediach w imieniu pałacu, Paweł Wypych.

Obaj są szarzy, sprawni, lojalni. Nie wykazują wielkich ambicji politycznych oraz chęci do pałacowych intryg.

Elegancki, kulturalny Stasiak w dodatku cieszy się sympatią prezydentowej Marii Kaczyńskiej.

Stasiak odszedł z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie zastąpił go inny zaufany człowiek prezydenta – Aleksander Szczygło. I to także wyszło Kaczyńskiemu na dobre. – Stasiak myślał o BBN w sposób propaństwowy, urzędniczy. Szczygło chciał, żeby to był aktywny ośrodek, do wykorzystania w kampanii prezydenckiej. Wygrała koncepcja Szczygły – opisuje pałacowy urzędnik.

O wykorzystaniu BBN – z jego etatami, budżetem – jako zaplecza eksperckiego dla prezydenta dyskutowano od miesięcy. Szczygło wprowadził plan w życie. W ostatnich miesiącach BBN stało się bardziej widoczne. Organizuje debaty, punktuje rząd Tuska, przygotowuje analizy dotyczące gorących tematów. Biuro zajmuje się wszystkim: od recenzowania rosyjskiej propagandy historycznej przez bezpieczeństwo energetyczne po upominanie się o finansowanie publicznej służby zdrowia.

Do tej pory dwór Lecha Kaczyńskiego był jego największym problemem, areną podgryzania się i wojen podjazdowych. Małgorzata Bochenek kiedyś walczyła z Elżbietą Jakubiak, potem z Piotrem Kownackim, który walczył z Michałem Kamińskim itd. Dziś wygląda na to, że roszady kadrowe uspokoiły sytuację w otoczeniu prezydenta. Pałac jest szczelniejszy, nie słychać o podziałach i wojnach frakcyjnych. Porządek na zapleczu to dobra prognoza przed trudną kampanią wyborczą.


Kaczyński nie jest politykiem, z którym łatwo jest realizować jakiś polityczny plan, długofalową strategię. Ma wadę, która polega na nieumiejętności skupienia się na konkretnej sprawie. Szybko zmienia temat, ucieka w dygresje albo zaczyna dzwonić i rozmawia o czymś innym. – Nie umie skoncentrować się nad dokumentami dłużej niż 20 minut. Nudzi się, gubi wątek. Jest typem walkera, który przechadza się po gabinecie w trakcie rozmowy – przyznaje jeden z jego ministrów. – Trudno zaplanować z nim jakieś działania. Ma w programie serię wyjazdów i nagle okazuje się, że jest zmęczony albo że ma ważną sprawę rodzinną. Mówi wtedy: ȁE;Nigdzie nie jadęȁD;, i cały plan się zawala – dodaje były współpracownik.

W dodatku prezydent reaguje emocjonalnie – łatwo go wyprowadzić z równowagi, rozgniewać.

W 2006 roku, gdy wybuchała afera z taśmami Renaty Beger, w MSZ rządzonym przez sympatyków PiS zrodziła się przedziwna inicjatywa. Faworytka prezydenta Barbara Tuge-Erecińska wpadła na pomysł, żeby kierownictwo resortu podpisało list otwarty. Chodziło o to, żeby zaprotestować przeciw politycznemu handlowi stanowiskami, który prowadził PiS w rozmowach z politykami partii Leppera. Do podpisania listu Erecińska przekonała wiceministra Stanisława Komorowskiego.

Komorowski (obecnie wiceszef MON) dobrze znał Kaczyńskiego. Jako spadkobierca dóbr ziemiańskich jest współwłaścicielem dworku pod Warszawą. Kilka razy w roku organizował w nim imprezy plenerowe, których gościem był Lech Kaczyński wraz z małżonką. Dlatego zadeklarował, że w sprawie listu osobiście porozmawia z prezydentem. Rozmowa trwała jakieś dwie minuty. Kaczyński wstał oburzony. Na odchodnym odwrócił się do Komorowskiego i rzucił na pożegnanie: – Jeszcze jedno ci powiem. Jedyna twoja predyspozycja do dyplomacji jest taka, że jesteś przystojny.


Emocjonalne wybuchy sprytnie wykorzystywało otoczenie Donalda Tuska. Rządowi PR-owcy zawsze znajdowali sposób, by pokazać przeciwnika swego szefa jako pieniacza. Zabierano mu samolot, odbierano ochronę bratu, Janusz Palikot tygodniami zajmował się rzekomymi problemami prezydenta z alkoholem. Jednak od kilku miesięcy Lech Kaczyński nie reaguje na zaczepki. Daje rządzić ekipie Tuska – w mijającym roku podpisał 206 ustaw, tylko cztery z nich zawetował, 12 skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Rząd jest w kłopocie, bo Kaczyński wcale nie przeszkadza, i odpowiedzialność spada wyłącznie na niego. Wygląda na to, że prezydent zaczął słuchać doradców.

To niejedyna oznaka, że prezydent zmienia taktykę i zaczął wierzyć w wygraną. Przywiązany do przedpotopowej nokii polityk nieoczekiwanie zamieścił życzenia świąteczne w sieci. Tusk tym razem się spóźnił i winszował internautom jako drugi. Podobnie było zresztą ze zmianą witryny prezydenckiej. Strona Kaczyńskiego jest nowoczesna, łatwa w nawigacji, przyjazna. Premier i tym razem był w tyle, dopiero niedawno zmodernizował swoją stronę. To rzeczy drobne, ale z nich potem składa się cały obraz.

W mediach coraz częściej pojawia się małżonka prezydenta, która jest lubiana przez Polaków. Sam Kaczyński pozwala sobie na luz wobec dziennikarzy. Ostatnio, w obecności kamer, przy choince brał psa na ręce i opowiadał, jak przygarnął czworonoga do domu. Zgodził się na sesję zdjęciową, gdzie pozuje koło świątecznego drzewka w Pałacu Prezydenckim. Stać go nawet na to, żeby dać wspólny wywiad z bratem, choć wcześniej kategorycznie unikali wspólnych występów.

To wyraźna zmiana. Kaczyński bronił się przed częstymi występami w mediach: ȁE;Nie chcę być MarcinkiewiczemȁD; – mówił do swoich doradców. Bywał dla dziennikarzy nieprzyjemny, mawiał, że media są olbrzymim problemem polskiej demokracji. Szczytem wojny był atak na Monikę Olejnik – prezydent powiedział dziennikarce, że ją wykończy, i sugerował agenturalne powiązania (potem przeprosił i przesłał kwiaty).


Na starcie kampanii wyborczej widać, że Kaczyński chce zaskarbić sobie choć trochę sympatii mediów.

Prawdą jest, że one nigdy za nim nie przepadały. Dlatego w strategii na najbliższe miesiące są częste wyjazdy i spotkania z wyborcami, bo Kaczyński – w co wierzą jego współpracownicy – jest politykiem, który zyskuje przy osobistym kontakcie. Dobrze obrazuje to anegdota, którą opowiadał nam jego minister: – Pan prezydent nie lubi spotkań z ambasadorami. Precyzyjniej należałoby powiedzieć, że nie lubi dochodzenia do tych rozmów, ale kiedy do spotkania w końcu dochodzi, sprawy wyglądają inaczej. I tak, pan prezydent przyjmuje ambasadora kompletnie nieważnego państwa X. I rozmowa ze standardowych 10 minut rozciąga się do 40. Pan prezydent gawędzi, przypominają mu się jakieś polonica, spotkane kiedyś osoby z państwa X albo gazetowe teksty na temat tego kraju. Ambasador kompletnie nieważnego państwa wychodzi z takiego spotkania oszołomiony: – Wow! Tyle o nas wie, czterdzieści minut opowiadał!

Na starcie kampanii sytuacja z mediami nie jest zła, bo sympatycy Kaczyńskich w koalicji z lewicą wzięli telewizję publiczną. Urzędujący prezydent może liczyć na przychylność TVP w walce o reelekcję. Jeśli nie zmieni się ona w natarczywą propagandę, będzie plusem w starciu z kandydatem Platformy.

Wygodna rola recenzenta

W walce o drugą kadencję pomagają kłopoty, w które wpadł Tusk. Afera hazardowa doprowadziła do kryzysu w Platformie Obywatelskiej. Sondaże pokazują, że wielu Polaków straciło zaufanie do rządu. Drastyczne decyzje personalne Tuska spowodowały, że PO nie jest monolitem, a Grzegorz Schetyna, najbliższy współpracownik premiera, stał się jego konkurentem. Na dodatek afera hazardowa nadal niesie zagrożenie dla Tuska. Prace prowadzi komisja śledcza i niewygodne fakty dla PO mogą dalej wychodzić na jaw. Wśród polityków Platformy istnieje przekonanie, że z CBA została wyniesiona wiedza, która zostanie użyta w kampanii wyborczej.


Przy takim scenariuszu urzędujący prezydent wcale nie musi występować jako agresor. Tym bardziej że taka postawa nie dawała mu punktów. Może przyjąć wygodną rolę recenzenta. Gdy wypłyną kolejne dokumenty kompromitujące ludzi Tuska, prezydent będzie stał z boku i powtarzał: – A nie mówiłem? To dlatego wspominałem o czystym domu. Po to wymyśliliśmy IV RP. Trzeba do tego wrócić.

Wyborcy mogą to kupić. Z sondaży widać, że Polacy znów chcą walki z korupcją, nepotyzmem i układami.

Rok wyborczy wcale nie będzie łatwy dla rządu. Kryzys się jeszcze nie skończył, gabinet czekają albo trudne reformy, albo ich zaniechanie. Jakby Tusk się zachował, i tak spadną na niego cięgi ze strony opozycji.

Na korzyść Kaczyńskiego gra jeszcze jedno – innych poważnych konkurentów na razie nie widać. A faworyt Tusk jest ciągle niezdecydowany. Premier hamletyzuje i, co potwierdzają jego współpracownicy, autentycznie waha się, czy walczyć o prezydenturę. Boi się, że jeśli przegra, to straci wszystko – również fotel premiera i władzę w partii.

Tymczasem Lech Kaczyński nie ma nic do stracenia. Jeszcze kilka miesięcy temu kpiono, że sukcesem w 2010 roku będzie miejsce na pudle, czyli w pierwszej trójce. Ale sytuacja się zmieniła. Znów może powalczyć o pełną stawkę.