Senatorowie z komisji regulaminowej tłumaczyli, że Piesiewicz nie mógł się dziś stawić na Wiejskiej. "Jego stan zdrowia w tej chwili nie pozwala wystawiać go na widok publiczny i na obstrzał medialny" - mówił "Wydarzeniom" senator Piotr Andrzejewski z PiS.

Ale pod nieobecność adwokata senatorowie dyskutowali o wniosku prokuratury o uchylenie mu immunitetu. Potwierdzili, że głównym dowodem obciążającym Piesiewcza są zeznania szantażystek. Przekonywali, że wiarygodność takich świadków jest niewielka. Tym bardziej, że - jak podają "Wydarzenia" - jedna z zatrzymanych kobiet oskarża teraz drugą o podanie jej narkotyku w mieszkaniu Piesiewicza. Twierdzi, że nie wiedziała, co się tam działo.

Co więcej. Według "Wydarzeń", zatrzymany w sprawie mężczyzna, który mógł być mózgiem szantażu, zeznał w śledztwie, że był agentem WSI.

"Była to zaplanowana akcja skompromitowania bardzo znanego senatora" - komentuje Piotr Zientarski z PO. Na jego wniosek komisja zwróciła się do marszałka Senatu, by poprosił senatora Krzysztofa Piesiewicza o uściślenie oświadczenia o zrzeczeniu się przez niego immunitetu. Zientarski ocenił, że "istnieją wątpliwości formalnoprawne, czy senator Piesiewicz w sposób dostateczny określił czyny, co do których wyraził zgodę na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej".

Szef komisji Zbigniew Szaleniec (PO) zwrócił uwagę, że w liście, jaki skierował do członków komisji Piesiewicz, senator przyznał, że gdy podejmował decyzję o zrzeczeniu się immunitetu, nie znał pełnego uzasadnienia wniosku prokuratury o uchylenie mu immunitetu; napisał też - relacjonował Szaleniec - że z wieloma elementami tego uzasadnienia się nie zgadza.

"Można domniemywać, że gdyby pan senator tę wiedzę miał, być może podjąłby inną decyzję" - powiedział Szaleniec.

czytaj dalej


Senator PiS Piotr Andrzejewski ocenił z kolei na podstawie listu Piesiewicza, że jego oświadczenie o zrzeczeniu się immunitetu zostało "wymuszone sytuacyjnie", a sam senator "działał pod presją". "List świadczy o uchyleniu się od immunitetu (...) pod wpływem błędu. Mając te wątpliwości, uważam, że nie dojrzeliśmy jeszcze do podjęcia decyzji" - podkreślił.

Według Szaleńca jeżeli Piesiewicz uzupełni swój wniosek i potwierdzi w nim decyzję o zrzeczeniu się immunitetu, wtedy komisja "nie będzie miała żadnych wątpliwości". Jeśli zaś - mówił - Piesiewicz nie uzupełni wniosku lub nie potwierdzi zrzeczenia się immunitetu, to komisja zaopiniuje jego oświadczenie pod względem formalnym negatywnie, co oznaczać będzie, że Senat na posiedzeniu plenarnym musiałby rozpatrzyć wniosek prokuratury o uchylenie mu immunitetu.

Prokuratura chce zarzucić Piesiewiczowi przestępstwa z ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii: posiadania kokainy, udzielania jej i nakłaniania do jej zażycia innych osób. Jest to pokłosie innego postępowania, które - jak podał w grudniu tygodnik "Wprost" - prokuratura wszczęła po doniesieniu samego Piesiewicza. Senator twierdził, że padł ofiarą grupy szantażystów. 18 listopada na zlecenie śledczych doszło do zatrzymania osób wskazanych przez parlamentarzystę. Jak nieoficjalnie dowiedział się "Wprost", zatrzymani oskarżyli Piesiewicza o posiadanie kokainy.

Piesiewicz powiedział wówczas "Wprost", że sam poprosił o uchylenie immunitetu i wyraził zgodę na pociągnięcie go do odpowiedzialności karnej. Z kolei "Rzeczpospolita" podała, że w połowie października do redakcji "Rz" zgłosiła się kobieta, która twierdziła, że "ma nagrania kompromitujące jednego z wpływowych senatorów Platformy". "Super Express" zamieścił na swojej stronie internetowej film, który ma być dowodem, że Piesiewicz nie dość, że posiadał narkotyki, to je zażywał. "SE" napisał, że jedno z nagrań senator obejrzał w towarzystwie dziennikarza "SE"; Piesiewicz zaprzeczył jednak, że zażywał narkotyki. "To nie była kokaina, ale sproszkowane lekarstwa" - mówił "SE".