PAULINA NOWOSIELSKA: Weszła pani do powołanej przez prezydenta Narodowej Rady Rozwoju. Czy to już ten moment, w którym Lech Kaczyński postanowił odpalić swoją tajną broń - Zytę Gilowską?

ZYTA GILOWSKA*: (Śmiech) To media wymyśliły tę nazwę i całe to odpalanie. Ja wszystkiego dowiadywałam się z zewnątrz. Nikt do mnie nie wydzwaniał i nie układaliśmy tajnych planów. Swoją drogą, człowiek czasem ciekawych rzeczy dowiaduje się o sobie z mediów!

Nie powiedziała pani jeszcze, jak czuje się w roli tajnej broni.

A jak powinnam się czuć? Nie jestem żadną tajną bronią. W 2004 r. pewien znajomy ujawnił mi, że zaproszenie mnie na Platformę miało na celu wykorzystanie mnie jako tarana. Spojrzałam na niego i pomyślałam: chyba ze mnie kpi. Taran z moimi gabarytami?

Tyle że nie o wymiary rzecz się rozchodzi. Pani siła ma polegać na przyciągnięciu do prezydenta wyborców PO.

Gdybym tylko miała taką moc, to natychmiast bym z niej skorzystała. Prezydent Kaczyński jest osobą ze wszech miar godną poparcia. To człowiek doświadczony, rzetelny i uczciwy. A ja wiem, że Platformę popierało mnóstwo ludzi, którzy wysoko cenią sobie te cechy. Jednak proszę mnie nie przeceniać. Niespecjalnie wierzę w swoją moc przyciągania.

Otoczenie prezydenta akcentuje, że Narodowa Rada Rozwoju ma być ciałem całkowicie apolitycznym. Szczerze: wierzy pani w apolitycznych doradców?

Oczywiście. Powoływanie takiej rady w kontekście jakichkolwiek wydarzeń politycznych byłoby bezcelowe. Prezydent w zeszłym roku zwoływał liczne narady z bankowcami, ekonomistami, byłymi ministrami finansów. Doszedł zapewne do wniosku, że podobne spotkania powinny mieć solidniejszą podstawę. Percepcja tej rady przez pryzmat interesów partyjnych jest nielogiczna. Bo w gronie zaproszonych znalazły się osoby, które z pewnością nie popierają prezydenta Lecha Kaczyńskiego i nie zamierzają opowiadać się po jego stronie. Także w kontekście zbliżającej się batalii prezydenckiej.

>>>Czytaj dalej>>>




Czyli sama pani widzi, że powołanie rady w roku wyborczym może wzbudzać polityczne skojarzenia.

Nie odpowiadam za cudze skojarzenia. Wiem jedno: sam fakt, że mamy 2010 rok, z pewnością nie będzie rzutował na prace rady. Choć oczywiście nikomu nie można zabronić oceny jej pracy z punktu widzenia poglądów politycznych. Można też na sprawę spojrzeć tak: będzie to pierwszy rok funkcjonowania rady w ostatnim roku pierwszej kadencji Lecha Kaczyńskiego, ale może to być pierwszy rok z kolejnych sześciu lat istnienia Narodowej Rady Rozwoju.

Czy rada będzie batem na obecny rząd?

Nie wydaje mi się, by w jakimkolwiek cywilizowanym państwie zebranie grona ekspertów można było uznać za sposób na wybatożenie rządzących. Proszę spojrzeć na to inaczej: eksperci z różnych dziedzin i stron sceny politycznych, także ludzie apolityczni (w tym demografowie, socjolodzy), nawet na wezwanie wielkich korporacji zbierają się niezwykle rzadko. Dlaczego? Bo taka burza mózgów jest kosztowna, a czas ekspertów cenny. W naszych polskich warunkach tylko prezydent ma możliwość skutecznego skupienia tak licznego grona. Bo tylko wówczas jest pełna gwarancja, że oni przyjdą i będą się naradzać. To jest przewaga prezydenta. I dobrze, że z niej skorzystał.

Obok pani w radzie są m.in. Jerzy Osiatyński, Wiktor Orłowski. Jaki będzie wymierny efekt tego naradzania się?

Podczas ostatniej dyskusji skupiliśmy się na kwestiach ubezpieczeń społecznych i procesach demograficznych. Okazało się, że zgadzamy się co do diagnozy, podobnie postrzegamy szanse i zagrożenia. Martwi nas, że nasze państwo dryfuje. Funkcjonuje tak, jakbyśmy nie byli świadomi wyzwań. A to oznacza ignorowanie barier rozwojowych. Celem naszych refleksji nie jest tylko wzrost gospodarczy. Nas interesuje rozwój, który jest przecież kategorią daleką szerszą oraz ważniejszą od wzrostu gospodarczego. Tak więc na tym spotkaniu głos zabierali przedstawiciele związków zawodowych, liberalni ekonomiści. Nie było ostrych polemik. Wiadomo, że społeczeństwo starzeje się, i ten fakt nie może być przedmiotem żadnych skutecznych ingerencji państwa. To proces cywilizacyjny. Musimy się liczyć z tym, że w nieodległej perspektywie nie tylko coraz mniej Polaków będzie pracowało na emerytury dla osób, które wejdą w wiek emerytalny, ale też coraz mniej osób będzie pracowało na sfinansowanie różnych świadczeń, które są charakterystyczne dla starszego wieku. Czyli świadczeń pielęgnacyjnych, opiekuńczych i zdrowotnych. W tym kontekście trzeba rozważać problem OFE. W otwartych funduszach emerytalnych, co do funkcjonowania których zgłaszano liczne zastrzeżenia, wbrew pozorom nie ma rezerw pozwalających wykorzystać je na inne cele. Przeciwne. Zarówno w ZUS, jak i OFE nie wystarczy środków na sfinansowanie oczekiwań emerytalnych pokolenia, które dziś jest w ostatnich fazach wieku produkcyjnego. Wobec tego musimy odkładać na czarną godzinę - np. w formie Funduszu Rezerwy Demograficznej - i dobrze tymi zasobami gospodarować, a nie zużywać je na bieżące wydatki.

>>>Czytaj dalej>>>




Ciekawe, jak radzie będzie się układała dyskusja na tematy bardziej kontrowersyjne? Czyli chociażby likwidacja KRUS czy wiek emerytalny.

O KRUS jeszcze mowy nie było. Ale z pewnością będzie ku temu okazja podczas debaty na temat stanu finansów publicznych. Przypuszczam, że i w tym przypadku będziemy zgodni. Bo nikt z nas nie ma wątpliwości: ten system jest zbyt kosztowny, często demoralizujący. Jest jednak inny palący problem: bezrobocie wśród młodych osób sięga 40 proc. Jeśli państwo będzie usilnie starało się utrzymać na rynku ludzi w zaawansowanym wieku produkcyjnym (swoją drogą tyle mówi się o rządowym projekcie 50 plus i na tym mówieniu się kończy), to czy gospodarka będzie w stanie jednocześnie wytworzyć wystarczająco dużo miejsc pracy dla ludzi młodych? Tych, którzy dziś szukają dla siebie ratunku w szarej strefie lub wyjeżdżają za granicę. Trzeba rozważyć, czy oferta naszej gospodarki podnoszącej się z kryzysu może być skierowana do ludzi młodych, lepiej wykształconych oraz jednocześnie do doświadczonych ludzi w mocno średnim wieku. Czy te dwie tendencje mogą występować jednocześnie? Przy jakich warunkach? Wbrew pozorom problemem długofalowym nie jest utrzymywanie w pracy osób obecnie pracujących dla odsunięcia w czasie konieczności wypłacania im emerytury. W moim przekonaniu ważniejsze jest zapewnienie pracy młodym, którzy na rynku pracy są bardziej dynamiczni i będą płacili składki pozwalające przywrócić równowagę systemowi emerytalnemu. Mieliśmy więc niezłą burzę mózgów.

A co, jeśli ta burza okaże się czysto akademicką dyskusją?

Proszę dać nam szansę. Wśród nas jest sporo osób z dużym doświadczeniem praktycznym. Jest kilku byłych ministrów, sformatowanych niejako na poszukiwanie rozwiązań łatwo przekładających się na realia. Ale chyba najważniejsza rzeczą, jaką może zrobić rada, jest identyfikacja zwięzłych średniookresowych celów rozwojowych dla Polski. I dobranie do nich instrumentów oraz rekomendowanie ich prezydentowi. Z pewnością będziemy informować opinię publiczną o swoich działaniach.

Ale z pewnością będzie pani oceniać działania gabinetu premiera Tuska. Rząd radzi sobie z kryzysem?

Mam wrażenie, że ten rząd nie radzi sobie w żadnej sprawie, do której wymagana jest perspektywa średnio- lub długookresowa.

Czyli nie wierzy pani, że jesteśmy w Europie zieloną wyspą?

Radzenie sobie ze światem nie polega na organizowaniu radosnych konferencji prasowych. A ogłoszenie Polski zieloną wyspą było mocno naciągane. Wie o tym każdy statystyk. Tempo wzrostu gospodarczego w Polsce spadło o 6 punktów procentowych. I tylko dlatego, że wcześniej było bardzo wysokie, nie przebiło zera.

Jaki będzie ten rok?

Trudny. To będzie rok testowy. Kamyczków nie da się już dłużej zawijać w sreberka. Deficyt budżetowy sięgnie 7 proc. PKB, a całego sektora - 10 proc. PKB. Żarty się skończyły. Tempo zadłużenia szybko narasta. Trzeba zacząć rozmawiać o tym otwarcie z opinią publiczną. Owszem, nasz stan, jeśli wziąć pod uwagę poziom zadłużenia, nie jest tragiczny. Są państwa dużo bardziej zadłużone, ale są to państwa bogate. Niepokój, szczególnie w kraju dość ubogim, jak Polska, powinno natomiast wzbudzać tempo narastania długu publicznego.

>>>Czytaj dalej>>>




Co dokładnie ma pani na myśli?

Państwo polskie gospodaruje na podstawie rocznych planów, w których od lat występuje deficyt, czyli przewaga wydatków nad dochodami. Państwo zapożycza się więc, a Skarb Państwa powiększa dług publiczny. Jeśli porównamy przyrost wolumenu długu Skarbu Państwa z deficytem budżetowym, to ujawnia się dziwna tendencja. W latach 2006 - 2007 na sfinansowanie 1 zł deficytu budżetowego wystarczyło pożyczenie 1,4 zł. Taki był przyrost długu Skarbu Państwa. W 2008 roku było to już 2,8 zł. A w 2009 - 3,5 zł.

I z czego to wynika?

To porównanie skupia jak w soczewce kilka problemów. Z całą pewnością najważniejszą przyczyną jest eksportowanie faktycznego deficytu budżetowego poza główny plan finansowy, to jest poza budżet. Czyli to, co nazywamy obrazowo zamiataniem pod dywan. A faktycznie jest pozbywaniem się kłopotliwych wydatków. Jeśli jednak tracimy z oczu wydatek, np. wydatki na budowę dróg ekspresowych i autostrad przenosimy do funduszu drogowego, to już znacznie mniej wnikliwie zajmujemy się warunkami, na jakich ta instytucja pożycza pieniądze. A faktycznie pożycza drożej. Cały proces zadłużania staje się coraz bardziej chaotyczny. Finanse publiczne zostały rozproszone po różnych instytucjach. Obsługa długu jest coraz trudniejsza, coraz trudniej nad nim zapanować. Minister finansów nie ma już oglądu całości. Finanse publiczne tracą sterowność.

I przed tym wszystkim będzie pani przestrzegać prezydenta?

Finanse publiczne za 2009 rok dopiero odsłaniają swoje prawdziwe oblicze. Na pewno nie omieszkam wspomnieć na ten temat Narodowej Radzie Rozwoju przy okazji dyskusji na temat finansów publicznych.

Wraca pani do polityki na stałe?


W państwie demokratycznym jest jedna prosta droga wchodzenia do polityki: wzięcie udziału w wyborach. Planów, by do tej rzeki ponownie wejść, nie mam. Zasiadałam w organach stanowiących samorządowych i państwowych. Zebrałam doświadczenia, ciekawe i gorzkie. W zupełności mi ich wystarczy.

Proszę nie mówić, że ma pani dystans do polityki.

A to już inna sprawa. Dystansu nie miałam nigdy, taka tradycja rodzinna. Ale do Sejmu nie wrócę także dlatego, że dobrowolnie go opuściłam. Wprawdzie z konieczności, ze względu na zmęczenie ciała, ale moja głowa przyjęła ten fakt z ulgą. I cóż teraz mogę zrobić? Z szacunkiem podchodzę do uczciwych osób, które chcą pozostać w polityce, wiedząc, jak jest absorbująca i brutalna. Z tego powodu w każdej możliwej formie poprę kandydaturę Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Ale jak konkretnie, jeszcze nie wiem. To sytuacja trochę jak z samochodami. Weźmy Cadillaca z 1959 roku. Dobrych egzemplarzy jest mało, samochód świetny, ale trzeba o niego dbać i nikt nie wystawi go do Rajdu Paryż - Dakar. Do rajdu lepsze jest Porsche Carrera.

p

*Zyta Gilowska, profesor ekonomii, była posłanka Platformy Obywatelskiej, później minister finansów i wicepremier w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego. Weszła do prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju