Ojciec zabitego, Włodzimierz Olewnik, niejednokrotnie już podkreślał, że największe pretensje miał właśnie do ekipy SLD, która - jego zdaniem - nie zrobiła nic, aby policja odnalazła jego porwanego syna. Szczególne pretensje rodzina zgłaszała do Ryszarda Kalisza - ministra SWiA z rządu Marka Belki (2004-2005), który miał ich przyjąć oschle i nie zrobić nic z tego, o co prosili.

Kalisz, który zeznawał jako ostatni, oświadczył, że do 2008 r. "żył w przeświadczeniu, że zrobił w tej sprawie nawet więcej niż należało do obowiązków ministra". Zapewnił, że po spotkaniu z rodziną Olewników latem 2004 r. wierzył, że jego deklaracje o załatwieniu sprawy zadowolą Olewników.

"Jeżeli ja słyszę, że Włodzimierz Olewnik oczekiwał, że ja zadzwonię do kogoś i zmienię zespół policji, to mówię, że teraz mógłbym mieć zarzut z art. 231 (przekroczenie uprawnień - PAP). To przecież było pół roku po tym, jak zarzuty postawiono Zbigniewowi Sobotce (za sprawę tzw. przecieku w aferze starachowickiej - PAP)".

Kalisz nawiązał do programu telewizyjnego z 2008 r., w którym siostra Krzysztofa, Danuta Olewnik, oświadczyła, że przyjął ich wyniośle, że "do dziś ma przed oczami widok wypolerowanych butów ministra zza biurka".

"Nigdy nikogo nie przyjmowałem zza biurka. Proszę sprawdzić, zza biurka ministra nie widać nawet butów. Przyjmowałem ich przy stoliku. Zapewniałem, że wszystko musi być sprawdzone. Gdy pani Danuta skarżyła się na wiceministra Andrzeja Brachmańskiego, którego chyba chciała zwolnić, skoro nie zrealizował tego, czego od niego żądano, ja wtedy mówiłem, że to ja tu jestem ministrem i taki był kontekst moich słów" - mówił Kalisz.

Według Kalisza, niezrozumienie może wynikać z faktu, iż Olewników przyprowadził do niego latem 2004 r. płocki senator Zbigniew Kruszewski, nie uprzedziwszy, w jakiej sprawie przychodzi. "Dlatego nie miałem przygotowanej informacji o sprawie. Zapewniałem, że wszystko musi być wyjaśnione. Przecież żaden poważny urzędnik nie realizowałby od ręki żądań zmiany grupy policyjnej. Potem naprawdę musiałem już wychodzić, bo czekał helikopter. Uprzejmie więc przeprosiłem i się pożegnałem" - powiedział.

Zarazem Kalisz podkreślił, że nigdy nie ingerował w pracę policji, a jego decyzja o powołaniu grupy CBŚ faktycznie była przygotowana przez nadzorującego policję wiceministra Andrzeja Brachmańskiego, zaś wykonywał ją faktycznie Komendant Główny Policji.

Kalisz zeznał też, że nigdy nie upoważniał Grzegorza K. (szefa SLD w Sierpcu) do powoływania się na niego. W aktach sprawy Olewnika są informacje, że K. powoływał się na znajomość z Kaliszem. Grzegorz K. to samorządowiec z Sierpca pod Płockiem, były szef tamtejszego SLD. Jego nazwisko pojawiło się w jednym z postępowań prowadzonych w związku z porwaniem Krzysztofa Olewnika. W maju 2005 r. przeszukano jego mieszkanie, gdzie znaleziono naboje do broni gazowej i myśliwskiej. Postawiono mu zarzut nielegalnego posiadania amunicji.

czytaj dalej


Według Włodzimierza Olewnika, ojca Krzysztofa, Grzegorz K. miał brać pieniądze, obiecując pomoc w uwolnieniu porwanego i powołując się przy tym na wiedzę, gdzie jest on przetrzymywany. Po ujawnieniu tych informacji w kwietniu 2008 r. Grzegorz K. zaprzeczył tym zarzutom. Był on zatrzymany przez CBŚ w styczniu 2009 r.

"Na zakończenie powiem, że mnie sprawa Olewnika bardzo dotknęła. Jeszcze raz składam wyrazy współczucia państwu Olewnikom i jeszcze raz przypominam, że minister może działać tylko w granicach prawa" - oświadczył Kalisz.

Zeznający wcześniej Brachmański przyznał, że w 2004 r. po spotkaniu z rodziną Olewników doprowadził do przejęcia sprawy przez CBŚ - o co był przez rodzinę proszony. Decyzję podjął w porozumieniu z wiceszefem policji gen. Eugeniuszem Szczerbakiem. W ocenie b. wiceministra, błędem było niepowiadomienie rodziny Olewników, iż to w wyniku spotkania z nimi sprawę porwania Krzysztofa Olewnika przejęli policjanci z CBŚ.

Z akt sprawy wynika, że w spotkaniu z ministrem Ryszardem Kaliszem Olewnikowie skarżyli się, że Brachmański był temu przeciwny. "Jeśli byłbym przeciwny, to ta grupa nie byłaby powołana, a została powołana" - zaznaczył Brachmański, odpowiadając na pytanie komisji.

Zaprzeczył też twierdzeniom z notatki Danuty Olewnik, jaką w sierpniu 2004 r. przekazała ona prokuraturze po spotkaniu z Brachmańskim i ówczesnym ministrem sprawiedliwości Markiem Sadowskim, by Brachmański obiecywał zamiast powołania grupy CBŚ "specjalną grupę, do której dobierze zaufanych ludzi". "Nie miałem wpływu na dobór ludzi do grupy, nie miałem też zamiaru na to wpływać" - zapewnił.

Brachmański nie pamiętał, by sprawą Olewnika interesował się Jerzy Dziewulski (SLD), który zeznał w prokuraturze, że wręczył mu nawet w Sejmie pismo w tej sprawie. Także Kalisz nie pamiętał takiej sprawy.

Brachmański zeznał, że o sprawie porwania Olewnika dowiedział się wiosną 2004 r. od senatora Zbigniewa Kruszewskiego, który przyjął rodzinę Olewników i zainteresował go sprawą. "Po spotkaniu z rodziną uznałem sprawę za bulwersującą" - dodał. Zarazem dziękował policjantom CBŚ z grupy Grzegorza K. za wykonanie "dobrej pracy - bez względu na to, co piszą media". Poinformował też, że spotkał się z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Markiem Sadowskim, który "bez wahania powierzył sprawę nowym prokuratorom".

czytaj dalej


"Poczytuję sobie za zasługę, że byłem trybikiem, który spowodował, że śledztwo zostało sprowadzone na właściwe tory, a dobra praca prokuratorów i policjantów wydała dobre, choć gorzkie owoce" - mówił Brachmański. Składając wyrazy współczucia rodzinie zabitego dodał, że "każdy sam powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czemu akurat w tej sprawie Sejm powołał komisję śledczą".

"Pan, zdaje się, do dziś nie rozumie tej sprawy. Ona jest kwintesencją spraw niewykrytych. Dzięki mediom ta sprawa stała się głośna, dzięki czemu ta komisja mogła powstać i ją zbadać. To nie jest absolutnie polityczna komisja" - zareagował na te słowa szef komisji Marek Biernacki (PO). Na koniec Brachmański dziękował komisji za "dociekliwe i bezstronne pytania".

Zeznający na początku czwartkowego posiedzenia komisji Krzysztof Janik, szef MSWiA z rządu Leszka Millera, oświadczył, że sprawę Olewnika poznał dopiero dwa-trzy lata temu z mediów, zaś nie dotarła ona do niego, gdy był ministrem. Dodał, że w czasie sprawowania funkcji publicznych nie znał nawet nazwiska Olewnik. Zapewnił też, że nie wiedział, iż rodzina Olewników sponsorowała kampanię SLD. "Nie przypominam sobie żadnego spotkania z panem Olewnikiem. Od prokuratora wiem, że były kierowane do mnie listy, ale żaden do mnie nie dotarł" - dodał.

Posłowie pytali Janika m.in. o zeznania polityka SLD Andrzeja Piłata (zwanego "mazowieckim baronem Sojuszu"). Oświadczył on w prokuraturze, że rozmawiał z Janikiem o sprawie Olewnika, a ten zapewniał go, że zna sprawę i że polecił zajęcie się sprawą. Pytany o to Janik odparł, że "nie przypomina sobie takiej rozmowy. Podobnie nie pamiętał, by rozmawiał z nim o sprawie ówczesny szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski. "Czasem było tak, że gdy wchodziłem do Sejmu, rzucało się na mnie wielu kolegów - niestety płci męskiej. Wtedy zwykle odpowiada się: dobra, dobra. Załatwię ci" - dodał Janik.

Wyraził "żal, a nawet wstyd", że podlegający mu funkcjonariusze popełnili błędy i zaniedbania. "Część z nich jest karalna i uważam, że powinni za nie ponieść odpowiedzialność". Wyraził nadzieję, że prace komisji doprowadzą do zmian w nadzorze nad prowadzonymi postępowaniami, bo obecny model - jego zdaniem - się nie sprawdził, co pokazuje sprawa Olewnika.

Również nadzorujący bezpośrednio policję zastępca Janika Zbigniew Sobotka powiedział, że nie pamięta, aby docierały do niego jakiekolwiek sygnały o sprawie Olewnika i występujących w niej nieprawidłowościach.

Sobotka oświadczył, że nadzór, jaki w latach 2001-03 sprawował nad policją, opierał się na "statystykach i stwarzaniu warunków legislacyjnych" do dobrej pracy policji. Zeznał też, że nie pamięta, by o sprawie Olewnika rozmawiał z nim ówczesny wiceminister infrastruktury Andrzej Piłat albo Zbigniew Siemiątkowski. Przyznał, że na początku lat 90. był z Piłatem w radzie nadzorczej firmy ochroniarskiej. Zarazem poinformował, że wie, iż Piłat był gościem na weselu córki Włodzimierza Olewnika.

czytaj dalej


Janik wdał się w polemikę z członkami komisji i jej przewodniczącym Markiem Biernackim (który przed Janikiem był ministrem SWiA) co do formuły nadzoru ministra nad policją. Janik uważał, że minister powinien sprawować ogólny nadzór przez badanie statystyk wykrywalności przestępstw. Biernacki wskazywał, że minister miał możliwości kontrolne, by wpływać na usuwanie patologii w policji.

Sprawowany przez Janika i jego zastępców nadzór MSWiA nad policją okazał się iluzoryczny, wykazały to jego zeznania - tak słowa Janika i Zbigniewa Sobotki skomentował w czwartek szef sejmowej komisji śledczej ds. Krzysztofa Olewnika Marek Biernacki (PO).

"Oni mówili tak, jakby nie wiedzieli, że do nadzoru i kontroli był w MSWiA departament powołany do badania takich nieprawidłowości, jak w sprawie Olewnika. Wydaje się, że było tam wtedy ręczne sterowanie. Przecież nawet prokuratura pisała, że w sprawie są podejrzenia co do policjantów, a wysłano to do zbadania... samej policji" - mówił Biernacki dziennikarzom w przerwie posiedzenia. "Organista ma w kościele wspaniałe organy, a gra na harmonijce" - dodawał wiceszef komisji Andrzej Dera (PiS).

Posłowie pytali Janika i Sobotkę, jak to możliwe, że list od siostry Krzysztofa Olewnika, w którym wskazywała ona na nieprawidłowości w śledztwie i odpowiedzialność funkcjonariuszy, nie był badany przez ministerialny departament kontroli, tylko trafił do policji, by ona sama zajęła się sprawą. Obaj odpowiadali, że praktyką w resorcie było przekazywanie spraw dotyczących służb, tym służbom. Ich zdaniem, wystarczającą gwarancją załatwienia tych spraw było, że w policji istniało Biuro Spraw Wewnętrznych i CBŚ, którym można było powierzyć skargi do załatwienia.

I Janik, i Sobotka przyznawali, że ponoszą polityczną odpowiedzialność za popełnione w tamtym czasie przez policję błędy i zaniedbania w sprawie.

Prace komisji wkraczają w fazę przesłuchań ministrów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych oraz komendantów policji. Potem przyjdzie czas na sporządzenie raportu.

Krzysztof Olewnik został porwany w październiku 2001 r., przez dwa lata był więziony przez porywaczy, po czym brutalnie zabity. Dopiero w 2006 r. udało się odnaleźć jego ciało i ustalić sprawców. Główni - zostali skazani na dożywocie. W więzieniach życie odebrało sobie trzech sprawców zbrodni - herszt bandy Wojciech Franiewski (tuż po zatrzymaniu, przed postawieniem prokuratorskich zarzutów), Sławomir Kościuk i Robert Pazik - po skazaniu ich na dożywocie). Do dziś gdańska prokuratura apelacyjna prowadzi śledztwo w sprawie niewyjaśnionych wątków zbrodni oraz błędów w działaniach policji i prokuratury.