Jeśli prokuratura obroni swoje podejrzenia przed sądem, Piskorski może utracić bierne prawo wyborcze. Od niedawna konstytucja zabrania bowiem kandydowania do parlamentu osobom skazanym prawomocnym wyrokiem.

Sam Piskorski atakuje prokuraturę zarzucając jej działanie na polityczne zlecenie Platformy. "Moja partia chce się zaangażować się w kampanię prezydencką Andrzeja Olechowskiego, który po przejściu do drugiej tury ma duże szanse na wygranie. Dlatego najlepiej zaatakować zaplecze tego kandydata i zmniejszyć jego szanse na starcie" - twierdzi lider SD. "Pan Piskorski nie powinien chować się za plecami Olechowskiego tylko z podniesioną głową wytłumaczyć się w prokuraturze" - replikuje Grzegorz Schetyna, szef klubu PO.

A z naszych ustaleń wynika, że Piskorski ma się z czego tłumaczyć. Środowe przeszukanie w jego mieszkaniu to była jedynie część śledztwa. "W szczytowym momencie rewizji było u mnie dziewięciu agentów CBA. Zajrzeli do każdej książki" - opowiada rozżalony Piskorski. Czego szukało CBA na zlecenie prokuratury? Jak ustaliliśmy chodzi o oryginał umowy z 2001 roku o sprzedaży przez polityka warszawskiemu antykwariuszowi dzieł sztuki. Za kilkaset eksponatów, głównie obrazów i książek, Piskorski miał zarobić niemal milion złotych. Kopię tej umowy przedstawił w Urzędzie Skarbowym jako uzasadnienie posiadania tak wielkiego majątku. Tym bardziej, że Piskorski miał wówczas zaledwie 32 lata.

"Antykwariusz zmarł. Nie mógł poświadczyć prawdziwości lub fałszerstwa tej umowy. Udało nam się tego dowieść w inny, nie budzący wątpliwości sposób" - mówi nam śledczy z warszawskiej prokuratury okręgowej. Jaki? "Szczegóły pozna pan Piskorski podczas przesłuchania, na które został już wezwanie. Zdecydowaliśmy nie robić szopki i nie zatrzymywać podejrzanego" - tłumaczy nasz rozmówca. Według naszych źródeł, chodzi o ekspertyzę grafologiczną, a także serię eksperymentów procesowych. CBA w specjalnym hangarze odtworzyło nawet układ mieszkania Piskorskiego. I dowiodło, że nie byłby w stanie zmieścić w nim takiej liczby antyków.

Ale Piskorski jest pewny swego. "Moje oświadczenia majątkowe były prześwietlane już siedem razy. Ostatnio wygrałem spór o tą umowę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym" - przekonuje. Tyle że faktycznie majątek Piskorskiego budzi wątpliwości od dziewięciu lat. I nikt nigdy ich nie rozwiał. "Pierwsze informacje o Piskorskim zdobyliśmy po 2001 roku podczas śledztwa dotyczącego nielegalnych majątków mafiosów pruszkowskich. Świadek koronny zeznał, że bossowie Pruszkowa pomogli zdobyć ówczesnemu prezydentowi Warszawy zaświadczenie o wygranej w trójmiejskim kasynie" - wyjaśnia prokurator z prokuratury krajowej. Prokuratura udowodniła, że aby wygrać sumę na jaką opiewało zaświadczenie, polityk musiałby 138 razy pod rząd rozbijać bank. Okazało się również, że pieczęć kasyna na zaświadczeniu jest sfałszowana, a podpisujący je dyrektor jest poszukiwanym przestępcą. Wątek został jednak umorzony, bo sprawa się przedawniła. Wątek umowy z antykwariuszem przedawnia się w 2011 roku.