Ich jest dwóch, ja jestem jeden - mówił Tusk, ogłaszając decyzję o rezygnacji z udziału w wyścigu prezydenckim. Na myśli miał oczywiście braci Kaczyńskich. Wieczorem w "Faktach po faktach" w TVN24 prezyzował: "Ja bliźniaka nie będę miał, ale mam pewne instrumenty. To jest rząd. Tej siły i tych możliwości nie daje prezydentura. Od roku przygotowywałem się do tej decyzji, wiedząc, gdzie jest realna władza".

Szef rządu powtarzał, że ma wizję, którą chce realizować w kolejnych etapach. "Muszę znaleźć partnera, który pomoże wygrać mi ten pierwszy etap, czyli wybory prezydenckie" - tłumaczył.

Odpowiedział też na zarzuty o tchórzostwo - stwierdził, że tak naprawdę to start w wyborach mógłby w jakimś sensie zostać odczytany jako pójście na łatwiznę. "Powinieniem podziękować tym, którzy do wczoraj dawali mi ponad dwukrotną przewagę nad konkurencją" - mówił. I zaraz dodał, że nigdy nie deklarował udziału w wyborach.

Tusk, choć rezygnuje ze startu w wyborach, jest pewien, jaki byłby wynik, gdyby jego decyzja była inna. "Uważam, że wygrałbym wybory prezydenckie. Ale nie robię z mojej decyzji martyrologii, uważam, że w rządzie rozgrywają się najważniejsze rzeczy" - przekonywał.

Pytany, czy zdaje sobie sprawę, że tym samym zwiększa szanse Lecha Kaczyńskiego, odpowiedział wprost: "Jestem przekonany, że prowadzę konsekwentnie plan, który sprawi, że PiS nie wróci do władzy. W planie jest założenie: kto inny pójdzie na bój o prezydenturę, bym mógł skutecznie zatrzymać powrót do władzy tych, którzy zepsują to, co udało się zrobić".

Szef rządu zapewnił, że nia ma możliwości zmiany decyzji za kilka miesięcy. A co do szans obecnego prezydenta, powiedział ostro: "Największym przeciwnikiem Lecha Kaczyńskiego jest Lech Kaczyński, jego brat Jarosław i PiS. Kiedy czytamy, że 14 proc. Polaków jest gotowych zagłosować na obecnego prezydenta, to to nie wymaga to mojego komentarza".

czytaj dalej


Tłumaczył się też z tego, że na ogłoszenie swej decyzji wybrał akurat dzień przesłuchania Mirosława Drzewieckiego przez hazardową komisję śledczą. Tusk twierdził, że wybór padł na 28 stycznia, bo tego samego dnia opublikowano dane na temat wzrostu gospodarczego w poszczególnych krajach Europy w roku 2009. Wynika z nich, że Polska pozostaje zielona wyspą z 1,7 proc. wzrostu. Tymczasem - jak zauważył Tusk - "sąsiednie Niemcy mają minus pięć". A co do Drzewieckiego powiedział, że Polaków bardziej, niż jego zeznania, interesuje wynik meczu Polska-Francja.

Tusk nie chciał zdradzić, kogo PO wystawi w wyborach prezydenckich. Obiecał w ciągu kilku dni, ewentualnie tygodni przedstawić swoją propozycję kampanii prezydenckiej. Najpierw poznać mają ją jego współpracownicy. "PO ma stosunkowo najdłuższą ławkę postaci, które cieszą się jak na polską politykę naprawdę dużym zaufaniem Polaków" - stwierdził i wymienił Hannę Gronkiewicz-Waltz, Jana Krzysztofa Bielieckiego, Bronisława Komorowskiego, Radosława Sikorskiego i Jerzego Buzka.

A co z Włodzimierzem Cimoszewiczem? Czy to jego poprze PO? "Poproszę o kolejne pytanie" - odpowiedział tajemniczo Tusk. I dodał, że to nie czas na tak dalekie deklaracje polityczne. Mówił też, że były premier ma teraz gwarancje, że propozycje współpracy nie były próbą wyeliminowania potencjalnych kontrkandydatów dla obecnego premiera.