Za obecność na jednym posiedzeniu Sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej europarlament płaci 298 euro, czyli niemal 1200 złotych. Od początku kandencji takich posiedzeń odbyło sie 30. Ziobro wpisał się na listę obecności na aż 12. W ten sposób zainkasował 3576 ruto, czyli ponad 14 tysięcy złotych.

Wśród dorabiających w Sejmie wyróżniają się także: Tadeusz Cymański z PiS i Janusz Wojciechowski z PSL, którzy byli na dziewięciu posiedzeniach, o jedno spotkanie mniej zaliczył Paweł Zalewski z PO i Ryszard Czarnecki z PiS. W sumie europarlament za aktywność polskich deputowanych w Sejmie zapłacił do tej pory niespełna 140 tysięcy złotych.

Co europosłowie robią na takich posiedzeniach? Teoretycznie nie muszą robić nic. Po wpisaniu się na listę obecności nie ma obowiązku nawet zabierania głosu. Więcej, nie trzeba nawet wysiedzieć do końca.

Najlepszej opinii o sejmowej pracy europosłów nie ma wiceszef Sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej, Tadeusz Iwiński z SLD. "Szczerze mówiąc, pożytku wielkiego z europosłów nie ma. Rzadko zbierają głos, a jeśli już, to w kwestiach banalnych. Komisja nie pracowałaby gorzej bez ich obecności" - ocenia.

W statystykach broni się jedynie Tadeusz Cymański, który głos zabiera regularnie. Rekordzista frekwencyjny, Zbigniew Ziobro, odezwał się zaledwie trzy razy. Jednak to i tak lepiej niż Adam Bielan z PiS czy Jarosław Kalinowski z PSL, którzy milczą. "Aktywność niektórych europosłów ogranicza się do wpisania się na listę. Inni wykorzystują ten czas na rozmowy przez telefon komórkowy" - relacjonuje w rozmowie z TVP Info jeden z posłów pracujących w komisji.

Jednak Zbigniew Ziobro się broni. Tłumaczy, że jest wiele pożytków z jego obecności w Sejmie. "Uczestnicząc w posiedzeniach mogę poznać stanowisko rządu do interesujących mnie projektów. Dużo zyskuję też dzięki rozmowom kuluarowym, przykładowo na temat pakietu klimatycznego z byłym ministrem środowiska prof. Janem Szyszko" - przekonuje.