Rząd będzie jednak miał swojego przedstawiciela na Euro 2008. Mecz Polski z Austrią wraz z prezydentem Lechem Kaczyńskim obejrzy z trybuny stadionu na wiedeńskim Praterze wicepremier Grzegorz Schetyna. Posyła go tam Donald Tusk, bo w całej Europie udział polityków w mistrzostwach piłki nożnej jest uważany za żelazny kanon reguł dyplomatycznych.

Poprawie stosunków z unijnymi partnerami Tusk poświęcił pierwsze pół roku swoich rządów. Teraz jednak, gdy do Szwajcarii i Austrii tłumnie zjeżdżają prezydenci, premierzy i ministrowie Unii, aby wspólnie świętować sportowe rozgrywki, miało zabraknąć nie tylko polskiego premiera, ale nawet któregoś z jego zastępców. Wczoraj jednak Tusk zmienił zdanie. I choć nadal nie zamierza osobiście skorzystać z zaproszenia, jakie przesłał mu kanclerz Austrii Alfred Gusenbauer, to posyła na swoje miejsce wicepremiera Schetynę. Taką informację ujawnił wczoraj w radiu RMF FM szef gabinetu politycznego premiera. "Są pewne obowiązki reprezentacyjne" - przyznał Sławomir Nowak.

To dlatego już wiele tygodni temu swój przyjazd na zaproszenie Gusenbauera zapowiedzieli niemiecka kanclerz Angela Merkel, brytyjski premier Gordon Brown, szef tureckiego rządu Recep Erdogan, a nawet sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon.

Swoich gości ma też prezydent Austrii Heinz Fischer. To głowy państw. Właśnie na jego zaproszenie Lech Kaczyński zasiądzie na trybunie honorowej legendarnego stadionu na Praterze, gdy nasza drużyna zmierzy się 12 czerwca z Austriakami. Spośród trzech rozgrywek, w których Polacy będą uczestniczyli w fazie grupowej Euro 2008, prezydent wybrał właśnie tę ze względów dyplomatycznych: gdy gospodarze zapraszają, nie wypada uczestniczyć w meczu, w którym nie grają. A udział prezydenta czy premiera w więcej, niż jednej rozgrywce dopóki drużyna nie wejdzie do finału, nie mieści się w dyplomatycznym protokole.

Aby nie psuć sobie stosunków z Austriakami i nie sprawić wrażenia, że lekceważy mniejsze kraje Europy, ze swojej nieobecności gęsto tłumaczy się prezydent Francji. "Nicolas Sarkozy pasjonuje się piłką nożną. Ale 1 lipca zaczyna się przewodnictwo Francji w UE i prezydent naprawdę nie znalazł czasu, aby osobiście śledzić rozgrywki" - tłumaczy DZIENNIKOWI zachowanie swojego szefa rzecznik Pałacu Elizejskiego Pierre-Jerome Henin.

Do dopingowania piłkarzy szefów europejskiej dyplomacji zaprosiła także austriacka minister spraw zagranicznych Ursula Plassnik. Ale Radosława Sikorskiego wśród nich nie będzie. "Zapraszaliśmy ministra Sikorskiego do udziału w meczu Polska - Niemcy, ale odmówił. Chcieliśmy więc, aby na trybunach był chociaż przedstawiciel międzynarodowej organizacji mającej siedzibę w Wiedniu" - tłumaczy DZIENNIKOWI rzeczniczka austriackiego MSZ, Valerie Hauss. Nasi piłkarze będą więc musieli zadowolić się wsparciem... Mohameda ElBaradeia, szefa Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Niemców zagrzewać do walki będzie natomiast ich szef dyplomacji, Frank-Walter Steinmeier. Podobnie gdy zagramy 16 czerwca z Chorwatami: polska trybuna dla VIP-ów pozostanie pusta, choć Chorwatów będzie wspierał minister spraw zagranicznych Gordan Jandroković.

"Tu nie chodzi tylko o dyplomację. Największe szanse na zwycięstwo mamy z Austriakami. Z Niemcami i Chorwatami będzie już dużo trudniej. A zrobić dobrą minę do złej gry, nie jest łatwo" - tłumaczy nam jeden z urzędników MSZ nieobecność przedstawicieli polskich władz na trybunach.

Wspólny udział europejskich przywódców w sportowych emocjach to jednak nie tylko okazja do zawarcia bliższej przyjaźni i nieformalnych rozmów, ale także wyjątkowa możliwość poprawy wizerunku wśród własnych wyborców. "Po olimpiadzie i mundialu, Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej to najbardziej oglądane wydarzenie sportowe. Cztery lata temu rozgrywki w telewizji i na żywo śledziło łącznie 8 mld kibiców. Tym razem będzie jeszcze więcej. Dlatego nawet migawka kibicującego z trybun polityka w czasie ważnego meczu robi piorunujące wrażenie?" - tłumaczy DZIENNIKOWI Kimmo Delhman, jeden z rzeczników UEFA.