Spinki do manakietów, które kosztowały dokładnie 619,65 zł. zostały pokazane, jako jeden ze sztandarowych przykładów niegosdpodarności i niecelowego wydawania pieniędzy ze służbowych kart za rządów PiS. Julila Pitera skontrolowała 17 ministerstw, a obok spinek innymi smakowitymi - dosłownie - przykładami było objadanie się kalmarami w sosie aioli za służbowe pieniądze i kupno dorsza za 8,16 zł "celem kontroli gatunku ryb i ich świeżości".

Jerzy Polaczek wyjaśnił, że spinki kupił na lotnisku, tuż przed odlotem z oficjalną delegacją. Zorientował się, że nie ma zwyczajowego prezentu dla zapraszającego go kolegi ze Słowenii. Dlatego w ostatniej chwili zdecydowali ratować spinkami polski honor.

Polaczek jest oburzony i - jak mówi - zniesmaczony tym, że ani sama Pitera, ani nikt z osób jej podlegających nie skontaktował się z nim, przed publikacja raportu. "Jeśli przygotowuje się taki raport, to zanim ukażą się wnioski końcowe, powinno się dać możliwość wyjaśnienia różnych wątpliwości" - użala się były minister. Jego zdaniem, dokument opublikowano, żeby przyćmić niepowodzenia rządu Tuska.

Były minister mówi nam, że ma wrażenie, iż pani minister nie zajmuje się tym, do czego została powołana, czyli walką z korupcją. I proponuje, by opublikowała - godzina po godzinie - co robiła np. przez ostatni tydzień. Wtedy wszyscy przekonają się, co tak naprawdę robi.

Jerzy Polaczek przeznał też dziennikowi.pl, że jest mu głupio, bo o Julii Piterze powiedział "minister specjalnej troski". "Poniosły mnie nerwy - mówi były minister. Wobec kobiety nie powinno używać się takich okresleń".

Z przygotowanego przez Piterę dokumentu wynika m.in., że istniały "potencjalne nieprawidłowości" w zakresie nadzoru nad wykorzystaniem służbowych kart kredytowych, a także, iż dochodziło do przypadków płacenia kartami za wydatki, których służbowy charakter był "mało prawdopodobny lub wręcz wykluczony".