Pytanie to tym bardziej ważne, że słowa Komorowskiego padły po wyraźnych sygnałach z Pałacu Prezydenckiego, że Lech Kaczyński przynajmniej do października, kiedy Irlandia ma czas na decyzję co dalej, nie zamierza wykonywać żadnego ruchu. Tymczasem wiadomo, że Niemcom i Francji zależy, by proces ratyfikacji traktatu został zakończony we wszystkich krajach właśnie do października, tak by przycisnąć Irlandię do muru. Czy zatem wstrzymanie się przez prezydenta z podpisem to dla rządu problem? Czy data podpisu przez prezydenta ma znaczenie dla pozycji Polski? Z rozmów z otoczeniem premiera wynika, wbrew temu, co uważa marszałek Komorowski, że jednak nie.

"Pośpiech nie jest konieczny. Polska powinna zakończyć procedury zgodnie ze swoimi własnymi planami politycznymi i jednocześnie aktywnie uczestniczyć w dyskusji o przyszłosci traktatu z Lizbony" - mówi DZIENNIKOWI szef UKIE Mikołaj Dowgielewicz, który uczestniczył u boku Donalda Tuska w ostatnim szczycie UE w Brukseli. Minister nie zgadza się też z Komorowskim, że szybkie zakończenie procesu ratyfikacyjnego w Polsce pomogłoby Irlandczykom. "My chcemy pomóc Irlandczykom pomóc wyjść z tej sytuacji, ale to przede wszystkim powinno polegać na tym etapie na wysłuchaniu tego, co oni chcą zrobić, żeby tratakt uratować" - tłumaczy Dowgielewicz. I podkreśla za wcześniejszymi deklaracjami samego premiera: "Rząd polski nie może mówić Irlandczykom, co mają dalej robić, tak jak my nie chcemy, by ministrowie Irlandii czy innego kraju mówili nam, co mamy robić".

Współpracownicy Tuska twierdzą, że premier wobec tego nie będzie pospieszał prezydenta z podpisem pod traktatem.

"To, czy podpisze w sierpniu czy w pażdzierniku, nie ma różnicy. To można ubrać wszystko w jakieś racjonalne ramy, że w tym momencie politycznym, a nie innym" - mówi nam jeden z nich. I podkreśla, że rząd nie obawia się reakcji innych krajów UE, które, jak sugerują zwolennicy szybszego tempa, mogą traktować nas jako państwo problematyczne, mniej proeuropejskie. "Tempo dziś jest bez znaczenia. My mamy za sobą 90 proc. procesu ratyfikacyjnego i to jest jasny sygnał dla Unii. Nie ma powodu teraz robić historii, że w Polsce jest jakiś problem. Bo problemem nie jest Polska, tylko teraz Irlandia i Czechy" - podkreśla osoba z kręgu Tuska. W kancelarii premiera panuje przy tym silne przekonanie, że prezydent ostatecznie traktat podpisze. "Nie przewiduję innego scenariusza. Sam go negocjował, sam chciał pojechać na uroczystość podpisania, a poza tym to by oznaczało scenariusz śmierci politycznej dla jego formacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. PiS startowałby z pozycji LPR" - przekonuje jeden z ministrów.