Do niedawna analitycy obawiali się, że polskie oddziały będą wyjeżdżały z Iraku w trakcie rebelii, którą grozili zamieszkujący południe tego kraju szyici wierni radykałowi Muktadzie As-Sadrowi. Dziś jest jasne - prowincję udało się uspokoić, a wycofanie nie będzie przypominało dramatycznego odwrotu. Jeszcze rok temu jednak w Kadisii trwała rebelia przeciw Amerykanom i zbrojna rywalizacja między walczącymi o wpływy i władzę frakcjami szyickimi.

Po przeprowadzonej przez Amerykanów jesiennej ofensywie i podjęciu rozmów z najważniejszymi przywódcami rebelii sytuacja się jednak uspokoiła. Później zaś wojsko - w myśl doktryny amerykańskiego generała Davida Petraeusa - zaczęło włączać niedawnych rebeliantów do lokalnej polityki. "Recepta była prosta: my im płacimy, oni organizują coś na wzór lokalnych straży i dbają o spokój" - tłumaczył w rozmowie z DZIENNIKIEM stacjonujący w Diwanii polski oficer. "Trudno ocenić, jak trwały jest taki układ, ale na razie w prowincji jest porządek" - dodaje.

Mimo obaw wojskowych o trwałość rozejmu analitycy są przekonani, że to najlepszy moment do wycofania wojsk. Jak pisze brytyjski magazyn "The Economist", w maju tego roku liczba ofiar wśród amerykańskich żołnierzy w Iraku była najniższa od 2003 r. Podobnie jest w przypadku zabitych wśród Irakijczyków. Lada dzień więc także Amerykanie mają przekazać Irakijczykom kontrolę nad uznawaną jeszcze do niedawna za matecznik Al-Kaidy, a dzisiaj spacyfikowaną sunnicką prowincję Anbar.

A prawdopodobnie już dzisiaj w obecności polskich oficjeli i dowódcy Wielonarodowej Dywizji Centrum-Południe gen. Andrzeja Malinowskiego odpowiedzialność za prowincję Kadisija przejmą Irakijczycy. Od tego momentu Polacy nie będą musieli wyjeżdżać regularnie na patrole i brać udziału w akcjach bojowych. Ich zadaniem będzie jedynie doradzanie lokalnym władzom i pakowanie sprzętu, który jesienią wróci do Polaki.

Dodatkowo opracowany ma zostać program ewakuacji współpracujących z polskim wojskiem Irakijczyków (do Polski może wrócić nawet 100 osób - m.in. tłumaczy i współpracowników naszych służb specjalnych). Po całkowitym wycofaniu oddziałów nad Tygrysem i Eufratem zostanie tylko kilkunastu oficerów, którzy - w ramach misji NATO - będą zajmowali się szkoleniem armii irackiej.

Dziś w Iraku stacjonuje około 900 polskich żołnierzy z dziesiątej zmiany. W czasie całej operacji, która rozpoczęła się w 2003 r., zginęło 22 naszych żołnierzy i 5 polskich cywilów.

Koniec marzeń o irackich miliardach

Na interesach w Iraku obecnie nie zarabia żadna polska firma. W wyścigu o miliardy przeznaczone na odbudowę kraju wygrywają z nami państwa, które nie wysłały tam nawet swoich wojsk. - Przegrywaliśmy, przegrywamy i będziemy przegrywać, dopóki polska dyplomacja nie weźmie się za promocję polskiej gospodarki - mówi Marek Goliszewski, prezes Businness Center Club.

Od czasu obalenia Saddama Husajna kolejnych pięć rządów obiecywało korzyści gospodarcze w zamian za wysłanie polskich żołnierzy do Iraku. Od wizji dzierżawy pól naftowych po miliardy dla firm, które wezmą udział w odbudowie zniszczonego kraju. Ale po 5 latach bilans jest więcej niż skromny: nasze firmy zarobiły do tej pory nieco ponad 400 mln dol. Większość jeszcze w czasie rządów SLD zgarnął Bumar, który dostarczał sprzęt wojskowy. W 2005 r., po kilku miesiącach zamknięto w Bagdadzie placówkę firmy Bartimpex należącej do Aleksandra Gudzowatego. "Wedle mojej wiedzy w Iraku nie ma obecnie żadnej polskiej firmy, a bez fizycznej tam obecności nie można myśleć o żadnych interesach" - mówi Jacek Pleskot, prezes Polsko-Irackiej Izby Handlowej, w 2004 r. polski doradca w Iraku.

W Iraku na odbudowę idą miliardy dolarów, ale interesy robią firmy z Niemiec i Francji. Rząd przekonywał, że wkrótce będzie inaczej. "Zmienimy charakter naszej obecności w Iraku z militarnej na ekonomiczną" - zapowiadał szef MSZ Radosław Sikorski półtora miesiąca temu. Ale Ministerstwo Gospodarki na pytanie o to, ile firm ma w Iraku podpisane kontrakty, odpowiada, że nie ma możliwości sprawdzenia tej informacji. W resorcie gospodarczymi kontaktami z Irakiem nie zajmuje się nikt.

"Nie zajmujemy się sprawami bilateralnymi, a nawet gdybyśmy kiedyś zaczęli to robić, to Irak byłby może dwudziestym którymś krajem, dla którego taki zespół chcielibyśmy powołać" - mówi DZIENNIKOWI Andrzej Szejnfeld, wiceminister gospodarki z PO, a w latach 2003 - 2005 wiceprezes Polsko-Arabskiej Izby Handlowej. Mimo to Szejnfeld uważa, że wycofanie się polskich wojsk z Iraku może nam tylko pomóc, bo przestaniemy występować tam jako okupanci.

MSZ uważa, że to sami przedsiębiorcy powinni być aktywni w Iraku. "Nie mamy narzędzi, żeby kogoś zmusić, by chciał robić tam biznes. Polskie firmy nie są specjalnie zainteresowane działalnością tym kraju" - odpowiada Piotr Paszkowski, rzecznik MSZ. Co dziś może zaoferować zainteresowanym? Poleca ewentualnym inwestorom kontakty z ambasadami w Iraku i w Polsce.

"Trudno to nawet komentować" - denerwuje się Marek Goliszewski, prezes BCC. "Polskie firmy chcą robić interesy, ale są dziś przekonane, że kontakt z ambasadą może im bardziej zaszkodzić, niż pomóc" - dodaje.

Generał Edward Pietrzyk, ambasador Polski w Iraku, dwa miesiące temu zapowiedział, że w czerwcu mogą zostać podpisane kontrakty na inwestycje w dotychczasowej Polskiej strefie w Diwanii. Budżet prowincji na ten rok to 250 mln dol. Co na to biznesmeni? "Jeśli nie zrobiliśmy nic, mając na miejscu polską armię, to tym bardziej nie osiągniemy nic bez pomocy z jej strony" - twierdzi Pleskot.