Wenezuela to "kolejny kraj na liście szczególnego zainteresowania" byłego prezydenta. Były polski prezydent miał w poniedziałek wziąć udział w forum na temat demokracji na uniwersytecie w Caracas. Ale nieoficjalnie nie dostał prawa wjazdu do kraju rządzonego przez Hugo Chaveza. Oficjalnie polscy dylpomaci twierdzili, że wenezuelski MSZ poprosił o późniejszy termin wizyty. Powodem miały być zbliżające się wybory i brak czasu na odpowiednie przygotowanie wizyty.

Ale prawda, według Lecha Wałęsy, wyglądała nieco inaczej. "Niewiele brakowało i by mnie aresztowali z innymi więźniami politycznymi. Nasze służby dyplomatyczne odradziły mi wyjazd na konferencję do Wenezueli. Nic na to nie poradzę, że na świecie Wałęsa to walka o wolność i demokrację. Chyba jakoś na to zapracowałem. I cierpię czasem z tego powodu, bo nie mogę na przykład pojechać na piękną Kubę. Teraz dowiedziałem się, że i do Wenezueli" - pisze były prezydent na stronach Wirtualnej Polski.

A przecież Wałęsa, jak sam podkreśla, nie chciał tam robić rewolucji. "Mylą się ci, którzy myślą, że pojadę na Kubę czy do Wenezueli, a może na Białoruś i wyprowadzę ludzi na ulicę. Ja to już przerabiałem.Polska lekcja Solidarności, którą przeszliśmy razem, jest lekcją najmądrzejszej drogi do demokracji, bez rozlewu krwi, w dialogu. Trudnym, niewdzięcznym, ale jednak dialogu. Jego podstawowym warunkiem jest gotowość obu stron. To przede wszystkim naród musi zrozumieć, że chce zmian, że chce żyć w swoim, ale w innym, lepszym kraju. Nie da się niczego narzucić na siłę z zewnątrz" - pisze.

W Wenezueli Wałęsa chciał być rzecznikiem dialogu i otwarcia władz na głos narodu. "I tylko takie proste sprawy chcę głosić. I mówić prawdy, za które czasem siedziałem w więzieniu, a czasem dostaję nagrody i wyróżnienia. Głoszę je od lat, gdziekolwiek jestem. Jak widać, jeszcze za wcześnie w niektórych miejscach na to. Nie chcą mnie wpuścić. Chciałbym dożyć czasów, że do każdego zakątka świata będę mógł przyjechać, odpocząć na plaży, spotkać się z ludźmi i podyskutować o przyszłości".