"W październiku 2008 roku premier Donald Tusk dziękował szefowi pakistańskiego rządu za zaangażowanie i pomoc w sprawie porwanego Polaka. Dziś polskie władze właśnie Islamabad obarczają odpowiedzialnością za jego śmierć" - przypomina "Rz". I dodaje, że polscy dyplomaci "od początku obawiali się, iż negocjacje z talibami nie będą przez Pakistańczyków prowadzone właściwie".

"Islamabad miał ich jednak niemal do końca zapewniać, że rozmowy cały czas się toczą. Tymczasem porywacze skarżyli się, że nikt się z nimi nie kontaktuje. Miesiąc po porwaniu, zniecierpliwieni brakiem zainteresowania losem zakładnika, skontaktowali się z polską ambasadą w Pakistanie" - pisze "Rz".

Opinie polskich ekspertów potwierdzają pakistańskie media. "Zwracają uwagę, że intensywne negocjacje w sprawie Polaka toczyły się głównie przez ostatnie dziesięć dni. To w wyniku tych rozmów porywacze ograniczyli żądania i zamiast uwolnienia 60 bojowników domagali się zwolnienia jedynie czterech".

Według Zahira Szeraziego z pakistańskiej Dawn News TV, z którym rozmawiała "Rzeczpospolita", Islamabad do końca przekonywał polską ambasadę, że talibowie nie zdecydują się na zabicie Polaka, skoro w rękach służb bezpieczeństwa znajduje się wielu ważnych dla islamistów ludzi.