Jego autor, ekonomista Paweł Karkowski z firmy GreenCapital, przebadał blisko 100 firm, które straciły na opcjach. Z jego ustaleń wynika, że 95 proc. transakcji zawierano, gdy złoty był na samym szczycie. Dziś, kiedy złoty jest w dołku, krociowe zyski płyną do zagranicznych inwestorów. Czy to przypadek?

"Osłabienie złotego wiąże się między innymi z realizacją instrumentów finansowych zwanych opcjami, które kiedyś zostały kupione przez banki i instytucje finansowe" - przyznaje Ryszard Petru, ekonomista SGH, a wkrótce dyrektor ds. strategii BRE. "W tej chwili robią one wszystko, by kurs złotego był taki, jaki oni obstawiali jakiś czas temu, kupując opcje walutowe. Inaczej mówiąc, instytucje, które mają opcje na konkretną cenę polskiej waluty, robią wszystko, by je wygrać. Teraz, jak widać, grają na osłabienie złotego".

Podobnego zdania jest autor analizy, do której dotarł DZIENNIK. "Jestem daleki od teorii spiskowej, traktuję to jako zbieg niekorzystnych okoliczności. Obawiam się jednak, że dopóki opcje nie wygasną, kurs złotego będzie spadać".

p

LESZEK KRASKOWSKI: Jest pan autorem pracy badawczej dotyczącej toksycznych opcji walutowych, z której wynika, że polskie przedsiębiorstwa straciły na opcjach 50 mld zł. Jak pan prowadził swoje badania?
DR PAWEŁ KARKOWSKI*: To jest symulacja zakładająca, że kurs euro wynosi 4,60 zł. Dziś euro jest już droższe, więc i straty z opcji są większe. W grudniu Komisja Nadzoru Finansowego szacowała straty na 5,5 mld zł. Dziś tak naprawdę nikt nie ma dokładnych danych. Przeprowadziłem wywiady z 92 przedsiębiorcami. 24 firmy dostarczyły mi całą dokumentację transakcji z opcjami. Uczestniczyłem też w rozmowach przedsiębiorców z bankami. Nie jako strona, ale jako obserwator.

Pisze pan, że "toksyczne instrumenty pochodne mogą zagrażać nie tylko przedsiębiorstwom, ale także polskiemu systemowi bankowemu". Ale przecież to banki zyskały na opcjach.
Zyskały zachodnie banki, z którymi polskie banki muszą się rozliczyć. Na końcu tego długiego łańcuszka są ich zagraniczni klienci. I to oni zyskali najwięcej. Polskie banki na sto procent na tym stracą. Dlaczego? Bo nie przewidziały, że przedsiębiorstwa, którym sprzedają opcje, po prostu nie będą w stanie ich udźwignąć. Nie sprawdzono, czy firmy będą mogły wywiązać się ze zobowiązań. Banki nie mają zabezpieczeń i nie ściągną tak ogromnych pieniędzy od przedsiębiorców. Wcześniej nie było tak gwałtownych wahań kursu, tak agresywnych funkcji wypłat i tak nieproporcjonalnego ryzyka w umowach.

A czy nie było też tak, że dealerzy bankowi za bardzo się usamodzielnili? Czy spotkał się pan z przypadkami, że świadomie wprowadzali klientów w błąd, a bank im na to pozwalał lub przymykał na to oczy?
Dealerzy czuli się bezpiecznie, bo mieli korzystne umowy z przedsiębiorcami. Nie ryzykowali. Kontrola nad dealerami ze strony banków z pewnością nie była wystarczająca. Pozwalali sobie na więcej - agresywnie wchodzili do małych firm, które o dealerach i opcjach walutowych nigdy nie słyszały. Wykorzystywali niewiedzę klientów. Niektórzy przedsiębiorcy byli przekonani, że kupują ubezpieczenie i ubezpieczają się od ryzyka kursowego. Jeśli dealer nie pokazał przedsiębiorcy na wykresie funkcji wypłat, to znaczy, że miał nieczyste intencje. Bo klient nie miał świadomości o skali ryzyka. To było bardzo wysublimowane działanie. "Czy chce pan zabezpieczyć się strukturą?" – pytał dealer. Klient mu ufał. Mówił – "tak", a potem okazywało się, że właśnie zawarł umowę telefoniczną.

Ale afera z opcjami nie wzięła się chyba tylko z nieuczciwości dealerów. W maju ub.r. Fortis Bank rozsyłał do przedsiębiorców analizy i ostrzegał, że euro będzie spadać na łeb na szyję i niebawem będzie kosztować 2,80 zł.
Nie winię za to analityków, bo bywają analitycy lepsi i gorsi. Ale nie chciałbym, żeby ktoś pokazywał mi takie wykresy umacniania się złotego jako jedynie słuszne, bo to jest po prostu nieuczciwe. Gdy kurs euro wynosił 3,3 zł i eksporter zbliżał się do granicy opłacalności eksportu, przychodził do niego specjalista i mówił: "Mam na to lekarstwo. Musi pan kupić ten lek". Domokrążcę potraktuje pan nieufnie, ale lekarza obdarzy zaufaniem. Bo nie przypuszcza pan, że ten lekarz potem będzie miał do pana pretensję, że nie przeczytał pan książek medycznych.

Kto więc zawinił?
Myślę, że zawiniła ludzka pazerność. I pewne warunki, które te transakcje umożliwiły. Moim celem jest dojście do prawdy, niezależnie od tego, kto okaże się winnym: przedsiębiorstwo, bank czy nadzór bankowy. Im szybciej zadziałamy, tym konsekwencje problemu opcji będą mniejsze dla gospodarki.

Czy dzisiejsza słabość złotego powiązana jest jakoś ze sprawą opcji? Czy zachodnie banki grają na obniżkę złotego?
Jestem daleki od teorii spiskowej, traktuję to jako zbieg niekorzystnych okoliczności. Obawiam się, że dopóki opcje nie wygasną, kurs złotego będzie spadać. Polski dług nakręcany opcjami będzie coraz większy.

Jak z tego wybrnąć? Czy ustawa proponowana przez Waldemara Pawlaka rozwiąże problem?
Ustawa uratuje przedsiębiorstwa, ale nie uratuje systemu bankowego. W celu jego ratowania być może należy rozważyć ratowanie kursu walutowego za pomocą interwencji NBP, a może nawet skorzystać z pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

*doktor nauk ekonomicznych, prezes firmy doradczej GreenCapital.pl