Stare, ponaddwustuletnie więzienie leży w centrum miasta. Gmach okolony warownymi wieżyczkami od dawna nie był remontowany (w ostatnich latach naprawiano głównie zabytkowy mur). Więzienie składa się z dwóch pawilonów - trzech oddziałów zamkniętych, dwóch półotwartych, oddziału terapeutycznego i dla tymczasowo aresztowanych. W sumie - ponad 650 miejsc.

Pomieszczenie, w którym przyjmuje się interesantów, przypomina szatnię w kiepskiej siłowni. Smród przeżarł ściany, sprzęty biurowe pamiętają lata 70. Miejsce, w którym pracują funkcjonariusze, nie jest oddzielone od kawałka pokoju, po którym chodzą rodziny skazanych i inni odwiedzający. Po pomieszczeniu kręcą się funkcjonariusze w mundurach moro i z bronią przy pasku, pracownicy w cywilu, rodziny więźniów w kolejce do odwiedzin. Bez zwracania czyjejkolwiek uwagi można sięgnąć przez drewniany kontuar po teczki z dokumentami - leżą na wyciągnięcie ręki.

Mówi prawnik, który w lutym odwiedzał jednego z więźniów w Płocku: "Teoretycznie mógłbym tam wnieść karabin maszynowy albo kilogram kokainy. Po korytarzach bez ładu i składu kręcili się więźniowie z oddziału półotwartego. Kontrola w sali widzeń jest iluzoryczna".

"Zmieniło się na gorsze. W 1991 r. wybraliśmy ten zakład jako miejsce, które może odwiedzić Jan Paweł II. Decydowały względy bezpieczeństwa, dobra atmosfera, porządek" - mówi były szef więziennictwa Paweł Moczydłowski.

Z porządkiem za murami w Płocku bywało od jakiegoś czasu nie najlepiej. W 2006 r. za kraty trafiło dwóch funkcjonariuszy służby więziennej, obaj z wieloletnim stażem. Powód? Brali łapówki za dostarczanie więźniom pieniędzy i listów. Kilka miesięcy przed nimi aresztowany został inny funkcjonariusz, który przemycał za mury narkotyki.

Robert Pazik, skazany na dożywocie morderca Olewnika, został przewieziony z więzienia w Sztumie do aresztu w Płocku 10 stycznia. Miał zeznawać przed sądem w Sierpcu w innej sprawie - pobocznej dla uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika.19 stycznia Pazik powiesił się w celi. Wątpliwości jest wiele. To trzecia śmierć wśród sprawców niewyjaśnionej zbrodni na Olewniku - i druga, do której doszło w Płocku (wcześniej powiesił się tam Sławomir Kościuk). Pytań jest wiele - m.in., dlaczego Pazik z dobrze pilnowanego zakładu w Sztumie trafił (już na 10 dni przed rozprawą w Sierpcu) do Płocka; dlaczego siedział w celi z kratą, na której łatwo się powiesić; dlaczego bez wzbudzania podejrzeń funkcjonariuszy mógł długo przebywać poza zasięgiem kamery. Jak to się stało, że bez specjalnego dozoru mógł spotykać się w Płocku z bratem skazanym w odpryskowym wątku sprawy Olewnika?

Te wątki wyjaśnia prokuratura w Ostrołęce. Tymczasem atmosfera w więzieniu po śmierci Pazika jest napięta. Pracę stracił szef zakładu, wobec funkcjonariuszy wszczęto dyscyplinarki. Przy okazji okazało się, że jedna z więziennych pielęgniarek miała przemycać za kraty narkotyki, informacje o tym wyciekły do mediów. Kilka dni po śmierci Pazika jeden z pensjonariuszy aresztu próbował popełnić samobójstwo. Sami osadzeni zaczęli masowo wysyłać listy do prokuratur, adwokatów i dziennikarzy.

Cel tych korespondencji był wspólny - śmierć Pazika była spiskiem, ruchem osób, które chcą ukryć prawdę o porwaniu Olewnika. Więźniowie wskazują w listach nazwiska strażników, którzy mieli maczać palce w tej sprawie. Chwalą się wiedzą. Wielu z nich twierdzi, że Pazik miał zbyt wysoką pozycję w hierarchii więziennej, nie musiał się bać nikogo za kratami i nie miał powodów do samobójstwa.

Jak ustaliliśmy, sopocki oddział Prokuratury Krajowej, która w tej chwili prowadzi śledztwo w sprawie porwania i zabójstwa Olewnika, bada sygnały, jakie wysyłają osadzeni z Płocka.

"Należy sprawdzać te doniesienia, ale z dystansem. Zdarza się, że więźniowie kreują wydarzenia, żeby wytargować coś dla siebie: lepszą celę, telewizor albo pomoc znanego adwokata" - mówi DZIENNIKOWI prawnik, który dostał jeden z takich listów.