Anna Gielewska: Dlaczego prezydent ustąpił i zrezygnował z udziału w niedzielnym szczycie w Brukseli?
Michał Kamiński*: Prezydent nie ustąpił, tylko porozumiał się z premierem. Było jedno miejsce do obsadzenia i trzeba było podjąć decyzję, która będzie korzystna z punktu widzenia interesów państwa. Głównym tematem szczytu jest kwestia finansów, a to rząd odpowiada za te sprawy.

Prezydent ma w tej sprawie zupełnie inne poglądy.
To rząd ponosi odpowiedzialność za politykę finansową państwa. Prezydent może udzielać rad i apelować.

Były już takie sytuacje i było jedno krzesło. A prezydent mimo to latał...
Wtedy tematy posiedzenia Rady Europejskiej dotyczyły bezpośrednio kompetencji prezydenta. Teraz jest inna sytuacja. Wtedy nie było problemu krzesła, tylko tego, kto będzie przewodniczyć delegacji. Nie było zagrożenia, że zabraknie krzesła. A teraz fizycznie było. To jest zasadniczo odmienna sytuacja.

>>>Kryzysowe orędzie Lecha Kaczyńskiego

Skoro doszło do tego porozumienia, to znaczy, że prezydent popiera stanowisko rządu na szczyt?
Czym innym jest strategia rządu w kraju, czym innym na szczyt. We wszystkich dobrych sprawach prezydent z pewnością będzie rząd popierać.

Ale przecież na szczycie w Brukseli będziemy podkreślać, że chcemy jak najszybciej wejść do euro i ERM2. Szef UKiE powiedział, że premier będzie rozmawiać z szefami państw naszego regionu oraz szefem Komisji Europejskiej o uproszczeniu procedury przystąpienia nowych państw Unii do euro.
Te argumenty są śmieszne. Nie o wchodzeniu Polski do unii walutowej jest mowa na tych szczytach. Przed poprzednim szczytem premier mocno walił w bęben, zapowiadając, że będzie mówił o euro. Ale oprócz niego nikt na ten temat się nie zająknął. W Polsce toczy się propagandowa gra, w której dyskusję o kryzysie usiłuje się zastąpić dyskusją o euro.

To ma być jeden z naszych postulatów.
Ten szczyt go nie dotyczy. Pan premier równie dobrze mógłby powiedzieć na szczycie Unii, że kibicuje Lechii Gdańsk albo lubi zupę pomidorową. Wywoływanie tematu euro wokół tego szczytu jest elementem PR-owskiego odwracania uwagi Polaków od rzeczywistej dyskusji dotyczącej wychodzenia z kryzysu.

Pana słowa kiepsko wróżą budowie porozumienia narodowego zapowiedzianej przez premiera i prezydenta po środowym szczycie społecznym.
Strategia ma dotyczyć wychodzenia Polski z kryzysu. Wychodzenie z kryzysu dziś, a wchodzenie do strefy euro za dwa lata to są dwie zupełnie różne rzeczy.

To miała być strategia dotycząca także euro. Przecież temu ma być poświęcony kolejny szczyt w Pałacu Prezydenckim.
Prezydent chciałby dojść w tej sprawie do porozumienia. Po pierwsze, rok 2012 jest datą nierealistyczną. Po drugie, coraz więcej ekspertów zwraca uwagę, że dzisiaj wchodzenie do strefy euro, której wskaźniki gospodarcze są gorsze od naszych, nie mieści się w logice wychodzenia z kryzysu.

A która data jest realistyczna?
Dzisiaj takiej daty nie ma.

Marszałek Krzysztof Putra nie wykluczył, że mogłoby to być nawet w 2014 roku. A prezes PiS Jarosław Kaczyński w południe znów o 2020 roku.
Różni politycy mogą mieć różne zdanie na ten temat.

PiS domaga się w tej sprawie referendum. Prezydent o tym nie mówi. Czy to strategia obliczona na to, żeby prezydent mógł być patronem porozumienia i przekonać brata do rezygnacji z pomysłu referendum?
Prezydent powiedział tylko, że referendum jest postulatem czołowej partii opozycyjnej. To nie znaczy, że jest przeciwko referendum. Inna jest rola prezydenta, a inna partii opozycyjnej. Nie jest natomiast niczym dziwnym, że między PiS a prezydentem istnieje zbieżność poglądów.

Ale prezydent zachował dystans wobec tematu referendum.
Nie mam takiego wrażenia. To nie jest postulat prezydenta.

A pan jako przedstawiciel prezydenta co sądzi o referendum? Co innego niż jako członek PiS?
Uważam jako obywatel, że jeśli mielibyśmy wchodzić do euro w 2012 r., to powinniśmy zdecydować o tym w tym roku w referendum. To jest za ważna kwestia, by nie poddać jej osądowi obywateli.

Czyli gdyby doszło do porozumienia co do daty 2014 roku, to prezydent mógłby przekonać PiS do rezygnacji z referendum.
Nie sądzę, żeby prezydent do tego namawiał. Niezależnie od tego, jaką datę przyjmiemy, wchodzenie do euro wymaga zmiany konstytucji. Myślę, że w dającej się przewidzieć przyszłości referendum tak czy inaczej jest potrzebne.

Michał Kamiński: były deputowany do Parlamentu Europejskiego, rzecznik prasowy prezydenta Lecha Kaczyńskiego