Trefna umowa na Patrioty?
Amerykanie zafundowali polskiej opinii publicznej zimny prysznic. Oświadczyli, że rakiety Patriot, które dostaniemy, będą nadawały się tylko do szkoleń. W deklaracji o współpracy strategicznej pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi faktycznie nie ma ani słowa o tym, że Patrioty, które staną nad Wisłą, będą miały jakąkolwiek wartość bojową.
- Chcemy rakiet Patriot. I to jak najszybciej
- Rosja: Będą Patrioty? To będą Iskandery
- Amerykanie już projektują bazę dla tarczy
- Patrioty posłużą Amerykanom, a nie Polakom
- Rosyjskie Iskandery nam nie straszne
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-05-27

temp. min 0°C max. 23°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Nowość? Dla Polaków tak. Dlaczego? W połowie ubiegłego roku polski rząd odtrąbił wielki sukces. Polska nie tylko zgodziła się na lokalizację tarczy antyrakietowej na swoim terytorium, jak chciał PiS, ale ugrała też coś "ekstra". Co takiego? Patrioty.
Szefowie rządu i MSZ tłumaczyli, że sama tarcza nie chroni Polski przed atakiem z Iranu. Naraża nas tylko na odwet Rosji. Musimy więc dostać coś, co wzmocni nasze bezpieczeństwo. Coś, co będzie odpowiedzią na rakiety krótkiego i średniego zasięgu, lecące choćby zza naszej wschodniej granicy. Odpowiedzią na nie miały być właśnie patrioty.
Dziewięć miesięcy od podpisania umowy ponownie do niej zajrzałam. Jest mglista. Mówi o współpracy w dziedzinie obrony powietrznej. Można ją interpretować na różne sposoby. W Polsce mają stanąć amerykańskie Patrioty. Kiedy - to już nie jest jasne. Równie dobrze umowa może przewidywać wyłącznie szkolenie. Nie ma w niej ani słowa o tym, że patrioty będą miały głowice bojowe. Ani tego, że będą służyć do obrony.
Czy polski rząd coś przeoczył? Czy podpisał trefną deklarację i dziś jest faktycznie szczerze zdziwiony tym, jak interpretują ją Amerykanie?
Taka postawę przyjęli niektórzy polscy politycy po oświadczeniu anonimowego urzędnika z Departamentu Stanu.
A może rząd od początku wiedział, że podpisuje tylko umowę na szkolenie i zwodził opinię publiczną, ogłaszając sukces? Bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga wersja. Zwłaszcza, że po zakończeniu wielomiesięcznych rozmów polscy negocjatorzy nie kryli, że trwały boje o każde słowo.
Czy szef MON po raz kolejny zwodzi opinię publiczną, sugerując, że coś jeszcze można ugrać? "To jest naturalna kolej rzeczy, że skoro coś jest zapisane w deklaracji o charakterze politycznym, to szczegóły takiej deklaracji muszą być później wynegocjowane" - powiedział nam Bogdan Klich.
Możemy zwodzić się jeszcze długo. Z pewnością jednak pierwszą baterię patriotów, które będą chronić Polskę, przyjdzie nam kupić.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!