Ministerstwo Finansów właśnie wysłało do wybranych resortów projekt nowego planu przyjęcia euro. Ale zawiera on dwie zasadnicze opcje działania. Jedna zakłada, że rząd ograniczy się do podania ogólnej wizji spełnienia kryteriów z Maastricht, jak ograniczenie deficytu budżetowego czy inflacji, co w bliżej nieokreślonej przyszłości pozwoli na przyjęcie euro. Druga jest o wiele bardziej ambitna i proponuje podanie konkretnego terminu przyjęcia euro.

>>>Euro w 2012 r.? Możemy o tym zapomnieć

Co będą doradzać premierowi jego współpracownicy? Zdecydowanie za pierwszą, mniej ambitną opcją opowie się wicepremier Waldemar Pawlak. "Osłabienie kursu złotego wobec euro okazało się dobrą osłoną na czas kryzysu. Nie sądzę, aby Pawlak wykazywał nadmierny entuzjazm wobec szybkiego przystąpienia do unii walutowej. Raczej zaleci obserwowanie, jak radzą sobie kraje, które jak Słowacja przyjęły już wspólnotą walutę" - mówi DZIENNIKOWI jeden z najbliższych współpracowników wicepremier Eugeniusz Grzeszczak.

>>>Tusk: Euro za trzy lata na 90 proc.

O swoim stanowisku nie chce mówić szef UKIE, Mikołaj Dowgielewicz. "Będę musiał bardzo poważnie się nad tym zastanowić" - przyznaje. Także bliscy współpracownicy szefa Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej przyznają, że jest on "bardzo ostrożny", jeśli chodzi o podanie nowego terminu przyjęcia euro. Dlaczego? W środku kryzysu bardzo trudno ustalić, kiedy rządowi uda się ograniczyć deficyt budżetowy. Niezwykle trudne jest też spełnienie kryterium inflacyjnego. Polska musiałaby bowiem ograniczyć wzrost cen do poziomu niższego niż 1,5 pkt procentowego powyżej średniej trzech najlepszych krajów Unii. A dziś w Europie panuje deflacja.

Przeciw podawaniu sztywnego terminu przystąpienia do euro opowie się również wicepremier Grzegorz Schetyna. "Rozmawiamy o tysiącu spraw, ale w tej sprawie jego poglądów nie znam" - mówi DZIENNIKOWI wiceszef MSWiA Tomasz Siemoniak. Jednak inny współpracownicy ministra uważają, że kieruje się on przede wszystkim pragmatyką polityczną. A podawanie przed wyborami w 2011 roku nowej (trzeci raz w ostatnim czasie), mało realnej daty przyjęcia wspólnej waluty mogłoby narazić Platformę Obywatelską na śmieszność.

Co doradzić Tuskowi, najbardziej będzie się wahał minister finansów Jacek Rostowski. "W przeszłości nigdy nie był on zwolennikiem podawania sztywnych terminów" - mówi prof. Stanisław Gomułka, były zastępca Rostowskiego. "Tym razem może jednak uznać, że taki kalendarz pomoże ograniczyć rosnący deficyt budżetowy" - dodaje.

Nawet gdyby tak się stało, Rostowski i tak zostałby przegłosowany stosunkiem 3 do 1. I tylko niezwykła determinacja Donalda Tuska mogłaby jeszcze skłonić rząd do związania się po raz kolejny sztywną obietnicą przyjęcia unijnej waluty.