Abp Życiński wiedział o Wielgusie, ale milczał
Abp Józef Życiński już pół roku temu widział listę rejestracyjną SB z nazwiskiem Stanisława Wielgusa. Miesiąc temu zgłosił się nawet do niego były esbek, który "prowadził" Wielgusa. Jednak metropolita milczał. "Uznałem to za prowokację" - tłumaczy teraz.
Dopiero teraz abp Życiński ujawnił, że miesiąc temu zgłosił się do niego funkcjonariusz SB, który w latach 80. przez pewien czas nachodził Wielgusa. Według metropolity, były esbek ze łzami w oczach opowiadał mu, jak wyglądały działania SB wobec księży i jakie z tego sporządzało się raporty.
Esbek opowiedział mu między innymi, jak to pod pretekstem imienin czy jubileuszu kapłaństwa, pracownicy SB przychodzili z kwiatami do księży. "Do dziś po nachodzonych w ten sposób
księżach pozostały dokumenty, że np. z funduszu operacyjnego wzięto takie to a takie kwoty" - podkreśla Życiński.
Już dużo wcześniej, bo w czerwcu zeszłego roku, abp Życiński zobaczył nazwisko Wielgusa na zachowanej w archiwach IPN liście rejestracyjnej SB. Odpierając zarzut, że ukrywał tę
informację, podkreślił, że na tej liście były też nazwiska wielu innych osób - "znanych, cenionych, piastujących wysokie funkcje nie tylko w Kościele".
Metropolita uznał to za prowokację. "Kiedy zobaczyłem tę listę, moją pierwszą reakcją było: to jest nowa lista Macierewicza. Nagłośniłby ją Pan w radiu?" - zapytał
dziennikarza prowadzącego audycję w Radiu TOK FM.
Arcybiskup uchylił się od odpowiedzi, czy poinformował o liście nuncjaturę apostolską lub Watykan. "Zgodnie z sumieniem dokonane zostały wszystkie obowiązki, z których część musi
pozostać otoczona dyskrecją" - powiedział tajemniczo.





















Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!